O geniuszu Wojewódzkiego, Kisielu i Tysonach

Reklama

czw., 01/03/2019 - 18:25 -- koscielniakk

Był w Stanach taki facet, co zwał się Hunter Thompson. Publicysta, prekursor dziennikarskiego stylu gonzo, literacki geniusz, a przy tym buntownik oraz entuzjasta narkotyków wszelakich. Niektórzy mogą kojarzyć kultową produkcję Las Vegas Parano, będącą adaptacją filmową jeszcze bardziej kultowej thompsonowskiej powieści Lęk i odraza w Las Vegas. Był kolorowo pierdolnięty, ale i niezwykle wrażliwy i przejęty losami świata, co z pewnością nie utrudniło mu podjęcia decyzji o samobójczym strzale z broni palnej. Po śmierci został przez jankeskie media okrzyknięty „pomnikiem ku czci nieposłuszeństwa”. Tak, właśnie taki był Hunter Thompson.

 

 

Mam wrażenie, że dokładnie takim samym pomnikiem jest nasz rodzimy, tefałenowski Stańczyk – Kuba Wojewódzki. Kto czytał jego Nieautoryzowaną autobiografię, ten wie, o czym piszę. A kto nie czytał, niech szybko nadrobi zaległości. Serdecznie Państwu polecam. Gość, który nie jest pisarzem sensu stricto, wdarł się na rynek literacki szturmem, jak na Wojewódzkiego zresztą przystało. Na moje oko, to przysłonił cieniem całą plejadę nadwiślańskich, pretensjonalnych literatów. Tych, których ego ujemnie koreluje z talentem. Ale nie będę ich wymieniał z nazwiska, bo i robić im reklamy nie zamierzam, i nie wypada, a w dodatku nie o tym miał być tekst… wróćmy więc do literackiego debiutu naszego wesołka.

Kuba twierdził, że jakiś nieprzychylny mu krytyk/czytelnik określił jego książkę mianem wielgachnego felietonu. Recenzja taka, mając za cel utarcie mu nosa, z oczywistych względów wywołała efekt paradoksalny, jeszcze bardziej łechcąc naszemu szołmenowi ego. I wcale się nie dziwię. Ja napisałem w swoim życiu ileś tam tekstów, spośród których część była może przyzwoita, za to status felietonu osiągnęła znikoma mniejszość. Taka oscylująca w granicach poparcia dla Korwina. Nie muszę dodawać, jak potężne pokłady zazdrości pomieszanej z podziwem gotowały się we mnie, gdy czytałem książkę, która jest nie tylko długim felietonem, ale i felietonem wyśmienitym. Pełnym znakomitych anegdot, hołdów dla ludzi zasłużonych i kpin dla zasługujących na kpiny. A przecież to miała być autobiografia, cholera jasna! Daję słowo, przeczytałem w swoim życiu dwie autobiografie. Jedna Mike’a Tysona, który literatem, rzecz jasna, nie jest, ale jest głównym aktorem życia pełnego sukcesów sportowych, życiowych dramatów, skandali i kokainy. Taka biografia musi być zwyczajnie ciekawa i przyciągnąć czytelnika, nawet gdy jest literacko spierniczona. Autobiografia Wojewódzkiego to kompletne przeciwieństwo: nie ma w niej nic nadzwyczaj szokującego, jest za to spodziewany literacki geniusz. Taki, co wgniata w fotel i zachwyca mistrzostwem pióra.

Zaryzykuję stwierdzenie, że mistrzostwem pióra Wojewódzki dosięgnął wielkiego Stefana Kisielewskiego. Obaj reprezentowali najwyższą ligę, tyle że uprawiali inne dyscypliny. Kisiel patrzył na świat z przymrużeniem oka i w sposób genialny, naznaczony manierami i kulturą przedwojennego mieszczaństwa. Był piewcą słowa niewygodnego, choć finezyjnego. Walczył piórem na polu debaty z taką klasą, z jaką piłkę na korcie odbija Roger Federer. A Wojewódzki… on też na świat patrzy genialnie i z przymrużeniem oka, tyle że z nutą arogancji i bezczelności. Z zuchwalstwem typowym dla wspomnianego wcześniej Tysona, który wchodził do ringu i brutalnie spuszczał łomot przeciwnikom. I Tyson, i Federer, są sportowymi bogami. Z Kisielem i Wojewódzkim analogicznie.

 

 

By nieco podtrzymać wątek boksu, warto wspomnieć niedawną walkę innego Tysona (Fury’ego), który próbował swych sił w starciu z dzierżawcą pasa WBC – Deontay’em Wilderem. Fury sił nie tylko spróbował, ale i skutecznie je zademonstrował. Mówiąc bez ogródek, ubił Wildera jak smarkacza i widzieli to wszyscy, włącznie z największymi ekspertami pięściarskiego świata. Nie widział tego tylko jeden sędzia, którego skandaliczna punktacja zaowocowała remisowym werdyktem końcowym. A wiecie, czemu Fury wygrał, choćby mentalnie? Bo zmiażdżył Wildera psychicznie. Miał kilka lat przerwy od boksu: przerwy wypełnionej depresją, monstrualną otyłością i nałogowym odkurzaniem kokainy. Nikt nie przypuszczał, że tak zmasakrowany srogimi doświadczeniami Tyson Fury może dla Wildera stanowić realne zagrożenie. Ale Fury podszedł do walki w swoim stylu, czyli poprzez wygłupy, inteligentne prowokacje i gigantyczno-błyskotliwy dystans do samego siebie, czym wyprowadził swego rywala z równowagi. Z dokładnie tych samych przyczyn Wojewódzki wygrał polskie podwórko, a jego Nieautoryzowana autobiografia to jeden z wielu na to dowodów.

Autor: 
Paweł Jankowski

Komentarze

Wysłane przez Mariooo (niezweryfikowany) w
Kiedyś Wojewódzki wkładał polską flagę w gówno, teraz gówno włożył w głowę autora tego lizusowskiego tekstu. Gratuluję obu Panom.
Zagłosowałeś na opcję 'up'.

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz:

Reklama