Gabo, biblioteka podróżnika

Reklama

czw., 10/15/2020 - 17:41 -- MagdalenaL

Meksykański dom Garcii Marqueza, który zmarł w 2014 roku, konserwuje jego pracownię i prawie 5 000 książek. Również jego zamiłowanie do słowników, żółtych róż i maszyn do pisania.

Żółta róża, słownik i maszyna do pisania. To wszystko czego potrzebował Gabriel García Márquez (Aracataca, Kolumbia, 1927 – Miasto Meksyk, 2014), aby zacząć działać. W wieku ośmiu lat dziadek powiedział mu, że żółte kwiaty przynoszą szczęście i już nigdy się z nimi nie rozstał. Podczas odbioru nagrody Nobla (1982) miał jedną (różę) schowaną w kieszeni. Gabo uważał się za ‘słownikowca’, chociaż jego związek z encyklopediami był oparty na miłości i nienawiści. W 1977 zaprezentował wydanie edycji swojej ulubionej Marii Moliner. Jednocześnie wymyślił słowa: „współczujący”, „bujak”. Zaproponował nawet zmiany w ortografii, zwłaszcza rezygnację z tego „rockowego h”.

Wojnę wypowiedział również maszynom do pisania. Jego pierwszy Remington spłonął w pożarze podczas zamieszek w Bogotazo w 1948 roku. Dekadę później, maszyna, która stworzyła w Paryżu Nie ma kto pisać do pułkownika, zgubiła klawisz d. Aby skończyć tekst, musiał sobie poradzić kompletując ręcznie pionową pałeczką każdą literę d. Później kupił niemieckie Torpedo i elektryczną Smith Coronę. Aż w końcu zakochał się od pierwszego wejrzenia w Apple'u. Emac z początku XXI wieku, retrofuturystyczny biały komputer w kształcie ogórka, wciąż stoi na warsztatowym stole w jego domu w Meksyku.

„Nie był szczególnym fetyszystą, ale kupował każdy model Maca, który pojawił się na rynku”, opowiada jego syn Gonzalo García Barcha spoglądając na owalny tył maszyny. Po eksplozji sukcesu Stu lat samotności podczas swojego pobytu w Barcelonie, jego rodzina przyjechała do tego domu w 1975, kiedy miał 11 lat, a jego brat Rodrigo 15. Pamięta jak za dziecka wraz z bratem wracając ze szkoły przebiegali przez ogród na dziedzińcu aby powitać pracującego w gabinecie ojca. Siedząc przy stole, na którym dziś również stoi wazon z żółtymi różami i kolekcja słowników na półce, Gabo patrzył na nie w milczeniu z palcami na klawiaturze, pozwalając im mówić. „Wiele razy nie wiedzieliśmy czy rzeczywiście nas słuchał. Gdy pracował, był bardzo skoncentrowany”.

Koncentracja to jedna z cech, która najbardziej wyróżnia tych, którzy kiedykolwiek oglądali go pracującego. Iván Granados, od 2007 roku aż do śmierci wiosną 2014, był jego osobistym bibliotekarzem. Miał w zwyczaju przyjeżdżać również rankami. Witał go słowami - „Dzień dobry, mistrzu” - i przez kolejne trzy, cztery godziny zaledwie wymienili kilka słów. „Nie był dziwakiem, nie ingerował zbytnio w organizację swoich książek. W zamian oczekiwał, że pozwolą mu pracować tyle ile potrzebował”, opowiada przez telefon Granados przygotowując publikację badań nad twórczością Gabo oraz kompilację obszernych tekstów kolumbijskiego autora. Po jego śmierci, wciąż przychodził do jego domu dokończyć zadanie. Przez lata zajmował się podziałem prawie 5000 tytułów na cztery kategorie. Pierwsza, tłumaczenia swoich własnych tytułów. Druga, słowniki i encyklopedie. Trzecia, książki dokumentacyjne, z których przygotowywał swoje prace.

Czwarta, literatura, która go interesowała: powieść, poezja, esej, dziennikarstwo, kino i polityka.

Stojąc i patrząc prosto na eseje, Gonzalo García rozpoznaje jedną, ważną książkę. Kwiaty w hiszpańskiej poezji, filologa José Manuela Blecua. Wydane w 1968 przez wydawnictwo Gredos. „W domu nigdy nie było dużej presji żeby skłaniać nas do czytania, jeśli na przykład spytałbyś o poezję, to z miejsca daliby ci tę książkę”. García, z zawodu ilustrator i redaktor, na wszelki wypadek ostrzega, że nie pozostało już w bibliotece wiele książek z jego dzieciństwa. Ani tych, na bazie których jego ojciec ukształtował jego kulturę literacką. Przez ostatnie lata, jego rodzina przekazała do Narodowej Biblioteki w Kolumbii wiele materiałów, oprócz części archiwum chronionej przez Uniwersytet Teksański w Austin.

Mimo to Gonzalo García kontynuuje przeszukiwanie tytułów na ścianie. I pojawia się wydanie Ulissesa Jamesa Joyca z 1972 roku, tej „zaskakującej księgi”, jak nazywał ją dwudziestokilkuletni Gabo w swoich wspomnieniach. Pojawiają się również kopie Dnia szakala czy Hrabiego Monte Cristo. „Mój ojciec zawsze uciekał przed powagą i nigdy nie rozróżniał tego, co nazywa się kulturą wysoką i niską, łapał co mógł ze wszystkich stron”, wyjaśnia syn o jego znanym i popularnym nastawieniu. Jego osobisty bibliotekarz ma ponadto uzupełniającą teorie: „To nie jest biblioteka jakiegoś kolekcjonera lub kogoś kto miał możliwość zachować swoje pierwsze książki. Jest to raczej biblioteka podróżnika, który osiadł ostatecznie w Meksyku”.


Rzeźba Gabriela Garcíi Márqueza i jego żony w pracowni w dzielnicy San Ángel w Miecie Meksyk.

Przed drugim i ostatecznym osiedleniem się w Meksyku w wieku 52 lat, kolumbijski pisarz prowadził wędrowne życie: Barranquilla, Bogota, Paryż, Hawana, Karakas, Londyn, Barcelona. „Ponadto – dodaje Granados – przeczytał swoje pierwsze pożyczone książki. W swoich wspomnieniach wyjaśnia, w jaki sposób odkrył Kafkę lub Faulknera w książkach od swoich przyjaciół”. Mimo wszystko w bibliotece podróżnika również przechowywane są klejnoty. Podobnie jak 20 tomów legendarnej La Pleiady , kolekcji Gallimarda, która łączy kanon światowej literatury poprzez antologie wielkich tekstów, oprawionych w solidne, elastyczne i skórzane okładki oraz cienkie strony na pół biblijnym papierze.

EL VALLENATO

To, czego nigdy nie brakowało Gabo na żadnym z jego etapów, to ‘vallenato’, jego ulubiona muzyka. Tak bardzo ją lubił, że mówił, że „Sto lat samotności to nic innego jak 450-stronicowe vallenato”. Jego przyjaciele wysyłali mu taśmy z kolumbijskich Karaibów. Niektórzy wciąż tu sa, razem z Rocío Jurado, Perales, Manzanero czy Sabiną. Gabinet meksykańskiego domu, szeroki korytarz z białej cegły w kształcie litery l, ma ściany przekształcone na regały. Książkom towarzyszą również sofy i fotele oraz stoły do wypoczynku i pogawędki. Ta biblioteka była porannym i roboczym bunkrem Gabo. Popołudniami była zaś centrum operacyjnym wielu imprez. „Zawsze miał bardzo dobrze wyposażony bar”, wspomina jego syn. Fidel Castro, Sean Penn czy Silvio Rodríguez to jedne z wielu wspaniałych wizyt. Kiedy impreza odbywała się między pisarzami, grali w recytowanie wersetów z Lorki bądź innego hiszpańskiego poety Złotego Wieku, a reszta musiała kontynuować zwrotkę.


Kopia „Śmierci Artemia Cruz” Carlosa Fuentesa, dedykowana Gabrielowi Garcíi Márquezowi w bibliotece kolumbijskiego pisarza w Mieście Meksyk.

Gigantyczna kopia portretu, którego w latach 70 namalował Richard Avedon, rządzi na jednej ze ścian. Więcej zdjęć: jego dzieci, żona, rodzice, Hemingway, Gabo z Rulfem, z Felipe Gonzálezem, z Billem Clintonem. Postacie historyczne również były postaciami w jego powieściach. Przedstawieni z matematycznym rygorem, być może przez spadkobiercę dziennikarskiego rodowodu. W Generale w labiryncie, który opowiada o ostatnich dniach Simona Bolivara, Gabo zagłębił się dokładnie w 34 tomach wspomnień Daniela Florencio O’Learego, irlandzkiego generała, który towarzyszył wyzwolicielowi aż po grób. Wielokrotnie wracał do historycznych źródeł, tylko po to, by potwierdzić wiarygodność danej sceny. Na przykład, kiedy chciał opisać generała jedzącego kawałek mango, sprawdzał czy na początku XIX wieku uprawa mango dotarła już do dzisiejszej Kolumbii.

Po ponad sześciu latach od śmierci Gabo, paczki z książkami wciąż docierają do jego domu. Wielu autorów nowicjuszy nadal poszukuje aprobaty mistrza. Rodzina uznała, że skoro nie ma już kto tego czytać, to znajdą dla nich nowy, lepszy los. Dzięki porozumieniu, które Gabo zatwierdził za życia, co miesiąc wysyłają kilka pudełek z książkami do wiejskiej biblioteki szkoły rolniczej w małym miasteczku Sinaloa (Meksyk). A w zamian, otrzymują pudełka z liczi i krewetkami.

Autor: 
David Marcial Pérez Tłum. Joanna Jokś
Polub Plportal.pl:

Reklama