Społecznie czy politycznie?

Reklama

pon., 11/23/2015 - 14:45 -- marianna.ruks

 

Teatr niezaangażowany już nie istnieje. Każdego dnia jest on coraz bardziej „codzienny" i coraz mniej klasyczny. Angażuje się w aktualne problemy społeczne albo i polityczne. Niektórzy mówią nawet o teatralnej publicystyce – ostatnio na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu w spektaklu pt. „Utopia” podjęty został taki temat jak zbrodnia na wyspie Utoya. Co prawda po premierze nie przetrwał on próby czasu i został z afisza zdjęty, ale przedsięwzięty pozostał. Współczesny teatr, stety albo i niestety, odchodzi od klasyki i coraz silniej angażuje się w życie społeczne. Czy to jest dobry teatr?

Z drugiej strony angażowanie się teatru może też być polityczne. Tu znowu można je rozumieć dwojako: albo jako formułowanie komunikatów o treści politycznej, albo jako zajmowanie przez aktorów, reżyserów i innych teatralnych osób z definicji publicznych stanowiska w ważnych sprawach politycznych. A może ten teatr jest właściwszy?

Historycznie

Cofnijmy się teraz dużo wstecz - bo aż do starożytności – i zobaczmy jak to drzewiej bywało.

Otóż, w starożytnej Grecji teatr był ściśle związany z Dionizosem, który był, jak pewnie wiemy, bogiem wina, zabawy i przyrody. Nasz teatr miał więc - nietrudno się domyślić - charakter czysto sakralny, a jego autentyczny początek datuje się na VI w. p.n.e. Poszczególnymi składnikami teatralnymi były (często bywa tak i teraz w szkołach podstawowych): konkursy poetyckie, przeglądy taneczne, popisy muzyczne i wokalne, a także, co za tymi składnikami pięknie sobie paraduje, swoiste zawody pomiędzy najlepszymi i nie najlepszymi dramaturgami. Jednak, co wymaga podkreślenia, przedstawienie teatralne było to przede wszystkim uroczyste i odświętne spotkanie mieszkańców miasta i wszystkich ich gości (w szkołach podstawowych są to rodzice i dalsze rodziny uczniów). Tymczasem – i tu uwaga! – tak naprawdę teatr grecki swój początek ma jeszcze dalej, bo w czasach prehistorycznych i wywodzi się z tańców obrzędowych ówczesnej ludności.

Teraz trochę o repertuarze: w teatrze – każdym - choć wzięło się to od tego greckiego, rozróżnia i gra się dramaty bądź też tragedie (powstały one w czasie greckich i odbywających się raz do roku Wielkich Dionizji – tzw. miejskich) oraz komedie (te zrodziły się na. Małych Dionizjach – wiejskich, przy czym nazwa ‘komedia’ pochodzi od słowa komos, czyli tytułu pieśni ku czci Dionizosa). W miastach, podczas Wielkich Dionizji i wystawianych kolejnych tragedii, które za każdym razem pokazywały ludzkie dramaty i oddziaływały silnie na psychikę widzów i również aktorów, zrodziło się pojęcie katharsis, tak istotne w historii teatru. Za jego twórcę uważa się Arystotelesa. Katharsis miało i wciąż ma charakter oczyszczający psychikę z negatywnych emocji i odczuć. Następowało tylko i wyłącznie po zakończeniu przedstawienia. Było to jakby uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń. Prowadziło do oczyszczenia ducha poprzez oderwanie od przyziemności. W ten właśnie sposób dzieło antyczne miało celowo oddziaływać na reakcje i przeżycia swoich odbiorców.

Społeczeństwo

Wróćmy teraz do naszych czasów – wiek: XXI, kraj: Polska - i zobaczmy jak to jest w naszym państwie. Dzisiejszy teatr polski jest zaangażowany albo społecznie, albo politycznie. Jednak jako że to już wiemy, przyjrzyjmy się osobno tym dwóm typom zaangażowania. Pierwszy: społeczny. Założenia teoretyczne teatru zaangażowanego społecznie mówią, że ma to być otwarte laboratorium, w którym spotykają się profesjonaliści z amatorami, twórcy z widzami, realizatorzy z wykonawcami i wreszcie artyści z mieszkańcami miast, którzy sami stają się sztukmistrzami, choć niektórzy pewnie nazwaliby ich również artystami. W tym momencie wprowadzę w artykuł odrobinę prywaty i napiszę, że według mnie artystą nazwać można tylko i wyłącznie osobę w artystycznym kierunku wykształconą, jakimkolwiek artystycznym kierunku, a tych jest wiele. Co prawda możemy nazwać go także luminarzem, jako człowieka wybitnego i sławnego w dziedzinie kultury, ale to słowo wydaje mi się już zapomniane i dlatego proponuję inne: sztukmistrz. Wracając do sedna mojej prywaty - nie jest prawdziwym artystą chociażby taki głośny ostatnio, bo grany przez prawdziwą artystkę, znakomitą aktorkę, Krystynę Feldman - Nikifor Krynicki. Jest sztukmistrzem, wielkim sztukmistrzem albo luminarzem i wielkim luminarzem, ale nie artystą. I kropka.

Powróćmy teraz znów do teorii: teatr społecznie zaangażowany tworzy sieć placówek teatralnych mocno zakorzenionych w mniejszych miasteczkach. Podejmuje współpracę z mieszkańcami i dzięki temu pełni podwójną funkcję: po pierwsze prezentuje spektakle, a po drugie – co wydaje się dużo ważniejsze – buduje więzi pomiędzy mieszkańcami swojego miasteczka wokół doświadczeń wspólnego uczestniczenia w kulturze. Teatr społecznie zaangażowany nie boi się trudnych tematów, łez czy też uderzania w najczulsze punkty. Jest bliski życiu, a co za tym idzie porusza współczesne problemy związane z naszą moralnością i wszelkimi nieobcymi nam ideami. Pokazuje niepokoje swoich czasów, uderza i dotyka widzów nie pozwalając im pozostać obojętnymi. Ponawiam więc pytanie: Czy to jest dobry teatr?

Pierwsza odpowiedź: tak, oczywiście. Chyba jednak nie do końca, myślę bowiem, że tak zaangażowany teatr odchodzi od klasyki, a to niedobre, bo teatr zawsze winien jest ją wystawiać. Przecież w każdym zaangażowanym teatrze na pewno panuje demokracja i wszyscy wspólnie decydują o tym, co wystawiają, kiedy wystawiają i jak wystawiają, a współcześni ludzie nie są już osobami oczytanymi – kultura czytelnictwa w Polsce kuleje albo nawet umiera – i nie chcą teraz pokazywać światu literackich perełek. Zresztą jak mają je poznać? Teatralni twórcy współcześni, zamiast zagłębiać się w klasycyzm, co wymaga jakiegoś tam zaangażowania, wolą tworzyć komunikaty i spektakle, które będą odpowiedzią na aktualne sytuacje, problemy i napięcia.

Druga odpowiedź: tak, oczywiście? Już ze znakiem zapytania. Znowu chyba jednak nie do końca - tym razem myślę, że kolejnym problemem jest tu częste traktowanie społeczeństwa, czyli w tym wypadku widzów, jako bliżej niezidentyfikowanego ogółu, dla którego gra się przedstawienia. Ogół ten myśli mniej więcej to samo, czyje tak samo, reaguje podobnie i tak też można go traktować – jak jedną jednostkę. Tymczasem widzowie w każdym teatrze są konkretnymi osobami i każdy z nich ma swoje problemy, troski, życie osobiste i radości. Bohaterowie bez twarzy nie istnieją.

Trzecia odpowiedź: tak. Tym razem już bez oczywiście. Kolejny kontrargument: w XX w. żył w Polsce Jerzy Grotowski (1933 – 1999), reżyser teatralny, teoretyk teatru, pedagog i nawet twórca pewnej metody aktorskiej, jeden z największych reformatorów teatru. Święcie wierzył on w diagnostyczno-terapeutyczną funkcję sztuki wobec cywilizacji. Dla niego teatr powinien dawać człowiekowi możliwość przeżycia katharsis, czyli oczyszczenia z jego uśpionych lęków i traumy życia codziennego. Czy zatem – przypominamy sobie teraz teatralną historię i grecki początek artykułu - nasz Jerzy Grotowski był polskim Arystotelesem? Przypuszczalnie tak, choć w dzisiejszym teatrze katharsis jest kompletnie inne niż to arystotelesowskie i inne ni ż to „grotowskie”.

Czwarta, ostatnia odpowiedź: tak? Już ze znakiem zapytania na początku i bez oczywiście. Weźmy teraz ostatni już szybki kontrargument – przecież nie ma już być kolejnych odpowiedzi – i na tapetę teatr inteligencki, nawet jeśli tak naprawdę, inteligencji w rozumieniu minionej epoki już nie ma. Są za to widzowie, którym nie wystarcza w teatrze tylko rozrywka albo intelektualna łopatologia (łopatologia, jakby ktoś nie wiedział – ja nie wiedziałam – to wyjaśnienie czegoś w sposób najprostszy, łatwy do zrozumienia dla wszystkich, taka trochę mentalna kawa na ławę). Teatr inteligencki zawsze miał ambicje intelektualne i nigdy nie był obojętny na wartości literackie tekstów. W pewnym sensie jako zaangażowany społecznie jest rodzajem forum dla publicznego dyskursu. Twórcy w takich teatrach często są odrębni, myślą oryginalnie, mają odwagę pójść w przeciwną stronę niż w tę, w którą prowadzą ogólne odruchy stadne.

Przyszła teraz pora na repertuar teatru społecznie zaangażowanego. Uważam, że jest on bardzo podobny do tego z teatru greckiego. Tymczasem dramaturg Paweł Demirski z bardzo głośnego i znanego ostatnimi laty tandemu reżyserko-dramaturgicznego Strzępka/Demirski jest przeciwnikiem komedii. Twierdzi, że teatry miejskie nie powinny wystawiać fars i innych marnych komedii, dlatego że są dotowane z budżetu państwa, a komedie nie spełniają przecież podstawowych wymogów, bo nie wywołują katharsis. Tymczasem - tak sobie myślę - komedia też ma moc oczyszczenia psychiki widzów z negatywnych emocji i uczuć, może nie taką dosłowną, ale widzowie po obejrzeniu jej - po spędzeniu wieczoru, popołudnia albo i rana (rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się spektakle grane w godzinach przedpołudniowych i nie są one przeznaczone dla dzieci) czują się odprężeni, zyskują nowy napęd do życia i zawsze mogą skonfrontować swoje myślenie o tych czy innych sprawach, zachowaniach i postępowaniach.

Podkreślając znaczenie klasyki, wypada mi napisać co dyrektor Teatru Animacji w Poznaniu, Marek Waszkiel, powiedział właśnie o niej: teatr zaangażowany społecznie można robić tak, by nie odchodzić od klasycznego teatru. I co? Przykład nam potrzebny, ale nie taki z teatru dla dzieci, zatem proszę bardzo: ostatnio w Białymstoku reżyser Jacek Łabrzyk pokazał klasycznego „Rewizora” Mikołaja Gogola. Później w jednym z wywiadów opowiadał, że pomysł na spektakl zrodził się z jego rozmów z zagranicznym scenografem, z którym chcieli wspólnie coś ważnego o współczesnej Polsce powiedzieć i na dodatek zderzyć ją z zachodem. Próbowali więc zmieszać klasykę ze współczesnością - widać wyraźnie, że stanowią tę wymierającą, bo jeszcze czytającą część społeczeństwa. Przypominam, że „Rewizor” to historia pewnego miasteczka na prowincji, do którego dociera wieść, że przybędzie tam wysoki rangą urzędnik, dygnitarz właściwie. Na mieszkańców pada wtedy blady strach – wszyscy chcą wypaść jak najlepiej podczas inspekcji, a każdy z nich ma coś na sumieniu. To bardzo aktualny temat - takie historie związane ze strachem przed zwierzchnością są naszym chlebem codziennym, bardzo aktualnym chlebem codziennym właściwie. Dlatego nazwać je można bliskimi życiu. Jednak żeby taki temat znaleźć, trzeba być oczytanym, a przecież panuje teraz wszechogarniający wszystkich i wszystko kryzys czytelnictwa.

Na koniec tej części artykułu dodam, że sztuka zaangażowana społecznie jest związana z projektem pełnego i bezpośredniego uczestnictwa w przestrzeni publicznej. To uczestnictwo dotyczy tak dzieł artysty czy też twórcy, jak i jego samego. Jest to więc również zabieranie głosu przez tego twórcę czy artystę w ważnych sprawach politycznych. I tak oto, płynnie i bezboleśnie, przechodzimy do drugiego typu zaangażowania teatralnego.

Teatr i polityka

Drugi typ zaangażowania teatralnego: polityczne. Zaangażowanie to nieco różne jest od tego społecznego. Teatr zaangażowany społecznie jest wypowiedzią na temat sporów już istniejących w społecznym światku, tudzież w polityce, bardzo trudno jest bowiem wychwycić granicę między światem normalnym i polityką właśnie. Natomiast zaangażowanie polityczne stara się wymyślać sobie nowe problemy i wywoływać bezpośrednie efekty w życiu swoich widzów. Innymi słowy jest to teatr angażujący. I tu uwaga! Teatr angażujący politycznie nie może istnieć w stanie czystym, bez domieszki teatru zaangażowanego społecznie, bo w teatrze - każdym teatrze - musi pojawić się także polityka. Nie musi to być od razu w spektaklach (chociaż, oczywiście, i tu jest ona obecna), ale w debatach i spotkaniach politycznych odbywających się w siedzibach teatrów. Aktorzy czy dyrektorzy scen także angażują się w politykę – najlepszym przykładem jest tu aktor Tadek Drzewiecki z Teatru Nowego w Poznaniu, który kandydował w ostatnich wyborach do Sejmu i Senatu z ramienia, dziś już nieistniejącego, przynajmniej jeśli o nazwę chodzi, „Ruchu Palikota”. Czy to służy teatrowi? Sprawia, że jest on bliższy życiu? Prawdziwszy? Czy wręcz przeciwnie - odciąga to teatr od prawdziwej sztuki? Uwikłanie teatrów w politykę wynika z naturalnej zależności polskich scen od świata polityki. Przedmiotem tej zależności są pieniądze - mówi muzykolog Maciej Jabłoński (były dyrektor artystyczny opery w Poznaniu). Zwolennicy teatru politycznego twierdzą, że należy porzucić autonomię sztuki, wyjść z izolacji i zainteresować się bardziej otaczającą nas polityką. Z kolei przeciwnicy uważają, że teatry angażujące tracą swoją niezależność, suwerenność, wolność i prawo do własnego języka, a uprawiają politykierstwo i od czasu do czasu publicystykę.

Cofnijmy się znów do historii, ale już nie tej starożytnej. Spór wokół relacji teatru i polityki ma swoją bardzo długą tradycję. Sztukę polityczną uprawiali - w pewnym sensie oczywiście - tacy pisarze, jak: Blaise Pascal, Voltaire czy nawet nasz Adam Mickiewicz. W ich politycznie angażujących dziełach założone było przede wszystkim, że sztuka ma być w tej – polityczno-teatralnej - relacji stroną aktywną, przy czym nie znaczyło to wcale braku zależności teatru od wpływów polityki, lecz było raczej odwróceniem wektora wpływów.

Pozostaje nam jeszcze sprawa spektakli, które usiłują przejąć funkcje gazety i mówią do nas językiem publicystyki. Otóż po prostu, bywają one nudne. Są przewidywalne i właściwie stanowią taką mentalną kawę na ławę – np. wspomniany na początku artykułu spektakl „Utopia”. Przecież debata publiczna zwykle dopuszcza do głosu różne racje, tak też teatr nie powinien być trybuną dla jednego światopoglądu. Tymczasem współcześnie w Polsce polaryzacja polityczna i kulturowa doszła do momentu, w którym niemożliwa jest jakakolwiek dyskusja, że o sporze nie wspomnę. Mamy teraz pewien taki czarno-biały schemat - każda wypowiedź zyskuje od razu legitymację polityczną, zostaje przyporządkowana ideowo i potem często bywa stygmatyzowana jako wykraczająca poza normy światopoglądowe obowiązujące po jednej albo drugiej stronie barykady. Teatr powinien tymczasem konfrontować ze sobą różne stanowiska, nie faworyzując żadnego z nich. To byłby warunek uczciwej debaty.

Sądzę, że artystycznym grzechem jest podejmowanie politycznych tematów aktualnych i formułowanie jasnych komunikatów dotyczących sytuacji panującej w polityce. Przecież teatr – takie od zawsze były założenia – to tzw. „dobro wspólne”. Jeżeli więc miałabym wybierać typ zaangażowania teatralnego jaki najbardziej by mi odpowiadał, byłby to typ społeczny z dużą dość nutką klasycyzmu.

Na koniec dodam, że wydaje mi się, że dla niektórych – tych przynajmniej, dla których życie w każdej swej odsłonie jest piękne, którzy potrafią szukać w nim szczęścia w najczarniejszych jego zakamarkach, bo od czasu do czasu dla nich też bywa przykre, jednakże zawsze warto przeżyć je ponownie - teatr istnieje głównie po to, żeby choć na chwilę uciec od rzeczywistości i od szarego świata, przy czym mogą oni nawet w ogóle nie lubić komedii. Po prostu nie potrzebują katharsis, bo dla nich życie codzienne nie jest żadną traumą. I wcale nie oznacza to, że są prostsi albo nieskomplikowani – oni zwyczajnie wiedzą co w życiu jest naprawdę ważne i nad czym warto się pochylić. Niestety, niewielu ich jest, ale dla nich pojawia się tu inne pytanie: po co nurzać się w tej naszej nie do końca kolorowej codzienności narzucając spektaklom aktualną – nierzadko szarą i po prostu brudną - tematykę? Dlaczego pozwalać Arystotelesowi i Jerzemu Grotowskiemu dyktować sobie sposób w jaki mamy zostać oczyszczeni? Po co nam w ogóle to oczyszczenie? I z czego?

Natalia Mikołajska

 

 

Polub Plportal.pl:

Reklama