O życiu wymoczka

Reklama

sob., 11/21/2015 - 14:26 -- marianna.ruks

Nazywa się Michał Kaleta, ma 37 lat i urodził się 14 lipca 1976 roku („to w ogóle znakomity dzień – mnóstwo ważnych rzeczy z nim się wiąże: Święto Narodowe Francji, „U2” powstało 14 lipca, a bitwa pod Grunwaldem opóźniła się tylko o 1 dzień" – chwali się). Jest absolwentem z roku 2000 Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Po jej ukończeniu od razu związał się z Teatrem Polskim w Poznaniu i szybko stał się jego gwiazdą – kiedy ja, będąca zakochaną w Teatrze Nowym, rzadką bywalczynią Polskiego, zapytałam jedną z pań z obsługi widowni jak nazywa się aktor grający Antonio Salieriego w spektaklu „Amadeusz”, ta spojrzała na mnie z takim wyrzutem w oczach, jakbym jej matkę zabiła. Tymczasem ja wcale morderczynią nie jestem i chciałam po prostu z Antonim Salierim wywiad zrobić.

Bez większych problemów udało mi się z nim skontaktować, on chętnie zgodził się zostać moją ofiarą wywiadowczą, a państwo mogą teraz poczytać o życiu codziennym, teatralnym i aktorskim Michała Kalety, przy czym, oczywiście, wszystko to opatrzone jest prologiem, bo jakżeby tak bez wstępu. Na zdjęciu pokazany jest, oczywiście, Michał Kaleta jako Amtonio Salieri w spektaklu „Amadeusz”, a rozmawiać będzie Natalia Mikołajska.

ELOKWENTNY PROLOG.

Natalia Mikołajska: Zacznijmy od tego, że ponoć jest pan mało rozmowny, a za to lubi myśleć. To tak jak ja, tyle że ja wyżywam się pisząc. Jednak, żeby się wyżyć, najpierw muszę mieć materiał od pana – nawet jeśli pan jedynie myśli. Niestety i jako że ja raczej kiepskim czytelnikiem myśli jestem, musimy razem bardzo się postarać. Podkreślam RAZEM i podkreślam BARDZO. Zatem pytanie nr 1: Dlaczego pan nie rozmawia?

Michał Kaleta: Zgadzam się, że jestem mało rozmowny – to fakt – ale w sumie z ludźmi rozmawiam. O! Chociażby teraz rozmawiam z panią. Myślę, że to jest typowa cecha facetów – po prostu mniej mówię, więcej robię i sobie myślę. Nie jestem takim facetem gadułą. Nie lubię rozmawiać o niczym, ani plotkować.

NM: Ale przecież bywają faceci plotkarze.

MK: Tak, to dobre określenie: bywają. Wydaje mi się jednak, że większość facetów mówi mniej. Jak siedzimy z facetami w garderobie, to jest raczej cisza, choć oczywiście od czasu do czasu ktoś coś powie, a tak to zajmujemy się swoimi sprawami. Piętro wyżej dziewczyny mają garderobę i cały czas słychać stamtąd, że o czymś rozmawiają – to plotkują, to to, to sio, to co na scenie, to rozmawiają o życiu: co u ciebie, a co u niej? Faceci chyba raczej tak się tym nie interesują – przynajmniej ja taki jestem, że mnie to nie obchodzi.

ŻYCIE CODZIENNE.

NM: Mówią o panu koledzy w teatrze, zgodnie zresztą, że kiedyś był pan większym „wariatem”, a na starość raczej się pan uspokoił. Czuje się pan stary?

MK: Nie, wręcz przeciwnie. Mogę nawet powiedzieć, że przez ostatnie lata nawet odmłodniałem.

NM: O! Każdy by chciał odmłodnieć. Jaka jest pana recepta na drugą młodość?

MK: W moim wypadku trzeba było schudnąć, a więc rower ,bieganie i sztanga. „Wypociłem” kilkadziesiąt kilogramów i parę lat.

NM: Ponoć lubi pan gotować. Co najbardziej, obiadki dla rodziny?

MK: A wie pani, że tak – od lat to właśnie ja gotuję obiady dla rodziny. Tak podzieliśmy się z żoną obowiązkami domowymi: żona sprząta, ja gotuję.

NM: Jak duża jest ta rodzina?

MK: Dwie osoby: żona i ja. Na razie dzieci nie mamy.

NM: 2 osoby? To raczej nie dużo do gotowania.

MK: Tak, pewnie – raczej mało jest do gotowania – ale za to, zawsze jest to gotowanie smaczne i dobre. No, prawie zawsze. Gotuję rożne potrawy: i te polskie, i te z kuchni indyjskiej, albo chińskiej.

NM: Kiedyś ktoś powiedział, że jest pan trzeźwym aktorem. Zna pan w ogóle smak alkoholu?

MK: Tak.

NM: A jaki jest pana ulubiony rodzaj alkoholu?

MK: Alkoholu raczej nie pijam, więc swojego ulubionego nie mam.

NM: A co mi pan powie o sporcie w życiu codziennym? Wygląda pan na wysportowanego – na wywiad przyjechał rowerkiem.

MK: Jeśli chodzi o sport, to w tej chwili jeżdżę na rowerze i podnoszę ciężary. Natomiast kiedy byłem bardzo młody, to ćwiczyłem też różne inne dyscypliny. W czasie studiów zaczęło brakować mi czasu na sport i zmieniło się diametralnie moje życie – zrobiłem się leniwy i ostro dość imprezowałem. Jak już mówiłem – bardzo się wtedy roztyłem – i ważyłem 140 kg. Potem roztrzaskałem sobie nogę i lekarz-chirurg powiedział mi, że muszę schudnąć, tak do 90, 85 kg, bo będzie źle. I wtedy, 3 lata temu, zacząłem ćwiczyć. Żeby zrzucić wagę.

NM: Czyli sport w pana życiu pojawił się ponownie tylko dzięki zaleceniom lekarza. Nie boi się pan, że znów zaniecha uprawiania sportu i się roztyje?

MK: Pewnie, że się boję, ale, jak na razie, wciąż mam powera, żeby ćwiczyć dalej.

ŻYCIE TEATRALNE.

NM: Normalnie życie młodego aktora – po szkole – wygląda tak, że on co 4, 5 lat zmienia teatr. Pan w roku 2000 ukończył Szkolę Teatralną we Wrocławiu, po czym trafił do poznańskiego Teatru Polskiego i tak już zostało. Dlaczego nie ruszył pan w trasę?

MK: Nie słyszałem, żeby normalnie tak było, że aktorzy wciąż się przenoszą.

NM: Zrobiłam wiele wywiadów z aktorami, znam ich biografie i wiem, że wciąż się przenoszą, przenosili.

MK: Ja się nie przenoszę – jest mi dobrze w tym teatrze, w którym jestem. Dostaję fajne role. Cały czas jestem używanym aktorem. Nie potrzebuję większych wyzwań, bo aktorzy tak naprawdę nie mogą chyba dostać większych ról, niż te, które ja dostaję – w każdym sezonie dostaje kilka zupełnie nowych ról, a raz, albo nawet dwa razy są one naprawdę potężne. Większość aktorów chciałaby je grać.

NM: Zatem nie zamierza się pan przenosić?

MK: Nie, bo po co? Nawet szkoda czasu na myślenie o przeniesieniu się gdzieś indziej. A poza tym Poznań bardzo mi się podoba. Myślę zresztą, że jest bardzo podobny do Wrocławia, gdzie się urodziłem. Jest też od Wrocławia spokojniejszy.

NM: Zagrał pan kiedyś w spektaklu Teatru Telewizji „Edward II”. Nie zaowocowało to nowymi – może warszawskimi – propozycjami?

MK: Nie, a jako że nie boję się być krytyczny wobec siebie – wobec innych też – to powiem, że pewnie po prostu się nie sprawdziłem. I tyle.

ŻYCIE AKTORSKIE.

NM: Robiłam ostatnio wywiad z Wojtkiem Deneką. To raczej malutki aktor, a grał kiedyś Hamleta, co prawda w „Zielonej gęsi” Gałczyńskiego, ale jednak. Pan gra takiego prawdziwego. Co to dla pana znaczy?

MK: Na pewno nie uważam tej roli za żadne podsumowanie tego, co do tej pory zrobiłem w teatrze. Zresztą o żadnej z ról, które znam, nie myślę jako o takich, które by coś podsumowywały - no, może król Lear jest tu pewnym takim podsumowaniem kariery aktorskiej, ale to jeszcze długie, długie lata – za młody wciąż jestem. A wracając do roli Hamleta, to była ona dla mnie na pewno ogromnym wyzwaniem, bardzo mnie zmęczyła, chociaż była też niesamowitą przygodą z emocjami i fajnym niebezpiecznym wyzwaniem.

NM: A dlaczego nie lubi pan ról komediowych, jak Wojtek Deneka?

MK: Ale to nieprawda, że ja nie lubię ról komediowych.

NM: W takim razie jaka jest ta prawda?

MK: Kiedyś pani z telewizji WTK zapytała mnie dlaczego nie lubię ról komediowych i tak już zostało, a ja nic nie mogę z tym zrobić.

NM: Proszę więc teraz coś z tym zrobić.

MK: Generalnie lubię role komediowe – zresztą ja lubię wszystkie role. Po prostu nie gram często tych komediowych, bo reżyserzy mnie do nich nie angażują – wolą, żebym grał coś ciężkiego i dramatycznego. Jednak kiedy tylko dostaję jakąś rolę komediową, to od razu ją gram z przyjemnością.

NM: Jak tworzy pan swoje postacie?

MK: Przede wszystkim improwizując – uczę się tekstu i potem na bieżąco improwizuję.

NM: Ponoć daje im pan „bogate życie wewnętrzne”. Jak można się dzielić życiem wewnętrznym?

MK: Widzi pani, ja nie daję im swojego życia wewnętrznego, ja wymyślam im ich własne. Postacie, które dotąd grałem, które jeszcze zagram, robiły i robią rzeczy, których ja nigdy nie zrobiłem i często w żadnym razie bym nie zrobił. One zabijają, albo umierają, a ja nie zabiłem, ani nie umarłem i mogę jedynie to sobie wymyślić, wyobrazić, lub też przeżyć gdzieś w głowie.

NM: Co pan rozumie pod pojęciem sceniczna doskonałość?

MK: Sceniczna doskonałość?

NM: Pańscy koledzy z teatru, zwłaszcza koleżanki, mówią, że dąży pan w swojej pracy nad rolą właśnie do scenicznej doskonałości.

MK: Wcale nie uważam, żeby moje postacie były doskonałe. Tym bardziej w sensie scenicznym. Nie interesują mnie rzeczy super doskonałe, zresztą nie wiem, czy one w ogóle istnieją. Coś, co jest doskonałe, jest chyba także nudne.

NM: Wobec tego, dlaczego w trakcie grania danego spektaklu – skoro nie dla doskonałości – zmienia pan troszkę swoje role?

MK: Bo lubię improwizować – w improwizacji czuję się jak ryba w wodzie. Po prostu w zależności od tego jaki jest dzień, jaki jest nastrój, moja postać staje się bardziej drapieżna, zadziorna, albo przyjemniejsza, może trochę mniej przyjemna. Przy czym wszystko to zależy od tego jak widzę partnerów na scenie, jak się oni zachowują i jak się z nimi gra. Myślę, że nie można stale grać tak samo – to byłoby po prostu sztuczne, a my aktorzy wyglądalibyśmy na scenie jak takie bezduszne kukły z rękami i nogami na sznurkach. To bez sensu.

NM: A ponoć nie rozmawia pan z granymi przez siebie postaciami. Dlaczego?

MK: Widzi pani, ja nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ani nie myślałem w ogóle, że można ze swoją postacią rozmawiać. Moja postać jest we mnie, albo jej nie ma, ona wchodzi i wychodzi – jak nad nią pracuję, to jest we mnie, a jak nie pracuję, to jej nie ma. Dlatego nie muszę rozmawiać z moimi postaciami i raczej nie ma ich gdzieś obok mnie w garderobie. Ja ich nie pytam: jak by to zrobić, co by tutaj zrobić? W garderobie po prostu jestem ja i zastanawiam się jak zrobić daną rzecz. Nie ma jakiejś drugiej osoby.

NM: Dlaczego w końcu nudzą pana postacie, które pan gra, przez tę ich niezmienność?

MK: Niektóre pewnie tak, po jakimś czasie. Natomiast inne role, nad którymi pracujemy pozwalają na pewną taką dowolność, a my, aktorzy, bardziej możemy sobie poimprowizować, a przy tych niektórych to rzeczywiście robi mi się nudno i chcę coś zmienić.

NM: Lepiej jest panu grać słowem czy ciałem?

MK: Powiedziałbym tak: moje ciało bardziej gra niż moje słowo, a moje słowo pomaga mi w graniu ciałem.

NM: Ciało pozwala rybie na improwizowanie?

MK: Tak, ciało ma tutaj większe pole do popisu, ale w słowie różna może też być intencja. Raz mogę kogoś bardziej słowem zaatakować, raz mogę go zaatakować mniej, albo w ogóle, jeżeli on tylko czegoś mi nie daje na scenie, albo czegoś nie daję mu ja. Wtedy zaczyna się taka fajna improwizacyjna rozgrywka.

NM: W takim razie bardziej woli pan grać ciałem, niż słowem?

MK: Lubię, uwielbiam grać i jednym i drugim. Jedno i drugie jest bardzo pomocne i przydatne aktorowi.

NM: Szybko stał się pan aktorem rozpoznawalnym w Poznaniu. Dobrze panu z tym?

MK: Widzi pani, odkąd jestem tu na scenie w Poznaniu – dwanaście już lat – to tak rozpoznawalnym aktorem jestem, że w sumie zaczepiły mnie na ulicy trzy, może cztery osoby. Dodam, że kiedyś jedna dziewczynka poprosiła mnie o autograf na Starym Rynku – było to zaraz po premierze „Roberto Zucco” – przy czym nie miała kartki, ani długopisu. Sytuacja była trochę krępująca, bo ja też niestety nie miałem nic do pisania i ustaliliśmy, że kiedyś znów się spotkamy, to na pewno dam jej ten autograf.

NM: Piszą o panu coś zupełnie innego.

MK: Chyba piszą, żeby pisać. Tymczasem ja właśnie tak rozpoznawalny jestem, że przez tych dwanaście lat trzech ludzi w sumie podeszło do mnie i powiedziało, że fajnie grałem, byli na spektaklu i im się podobało. Zatem podsumowując: wcale nie czuję się aktorem rozpoznawalnym, nikt na ulicy nie pokazuje sobie mnie palcem mówiąc: „o zobacz, to on, ten aktor”. Fakt jest też taki, że ja nie przyglądam się ludziom na ulicy.

NM: Żaden aktor się nie przygląda, żaden nie przyznaje się, że się przygląda.

MK: Nie wiem jak to jest naprawdę, ale jeśli o mnie chodzi, to czasami żona pyta: „czemu oni tak na ciebie patrzą, myślisz, że cię znają, czy po prostu tak na ciebie patrzą”? Wtedy ja stwierdzam, że rzeczywiście może mnie znają, bo przecież parę tysięcy ludzi – tych, którzy chodzą do teatru oczywiście – już mnie tu, w Poznaniu, widziało. I powiem, że normalnie mi z tym jest. To nie jest dla mnie ani ważne, ani nieważne. Po prostu jest.

NM: Kiedy ściąga Pan perukę w „Amadeuszu” – jako Antonio Salieri – wygląda Pan tak przeraźliwie wymoczkowato – nie ma już na sobie tych pięknych czarnych i błyszczących włosów. Jak się Pan czuje?

MK: Ja jestem wymoczek? Wyglądam jak wymoczek? Przecież ważę 90 kilo i podnoszę ciężary – jak mogę być wymoczkiem?

NM: Nie mówię, że zawsze i raczej nie w tej chwili. Chodzi mi o tę różnicę jaka jest między pięknymi czarnymi i błyszczącymi włosami z peruki a Pana kolorem włosów naturalnym, czyli bardzo jasnym, raczej wcale nie błyszczącym, blond.

MK: No więc… czuje się z tym bardzo dobrze. Uwielbiam ten moment, kiedy ściągam perukę, co jednak wcale nie znaczy, że lubię być wymoczkiem. Wcale nie myślałem, o tym, żeby stworzyć w tym momencie spektaklu wrażenie, że Antonio Salieri, który ma piękne, czarne włosy, ściąga perukę po to, żeby być wymoczkiem – on przecież wyrywa sobie wtedy włosy z głowy z zupełnie innych względów.

Natalia Mikołajska

 

 

Polub Plportal.pl:

Reklama