Gdy dziecko marzy, by nastąpił Happy Day…

Reklama

sob., 11/21/2015 - 15:54 -- marianna.ruks

Świat postrzegany oczyma dzieci jest zupełnie inny niż ten, na który patrzymy, my – dorośli. Dziecko bowiem widzi ideały, na które brak czasu w przyszłości. Wbrew pozorom świat malucha nie jest taki prosty i spontaniczny, jak nam się wydaje. Ale za to myśli, marzenia i idee są o wiele łatwiejsze do przyswojenia. Dziecko wpatrzone w urojony świat jest szczęśliwe. Nie rozumie jednak, jak to się stało, że dorośli „wyrośli” z tego, że zapomnieli, albo, że zostali zmuszeni, żeby zapomnieć, jak to jest być dzieckiem. Choć tak naprawdę, wielu z nas chciałoby żyć jak dziecko, marzyć jak dziecko i śnić jak dziecko…

Na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu można było jakiś czas temu zobaczyć spektakl wyreżyserowany przez Katarzynę Michałkiewicz - "Ściananaświat". Przedstawienie odbywało się na Galerii, małej kameralnej scenie, która sprzyjała klimatowi przedstawienia. W dramacie Serge’a Kribusa "Ścianananaświat" (Le Murmonde, 2000) Łukasz Chrzuszcz jest prawie jedenastoletnim chłopcem. Nie bez przyczyny napisałam, że „jest”. Aktor w całości duchem i niemalże w stu procentach także ciałem, wciela się w postać małego chłopca. Staje się nim od pierwszej chwili, gdy widzimy go wyglądającego zza kulis, gdy patrzy na wchodzącą na salę publiczność.

Spektakl zaczyna się dużo wcześniej niż jesteśmy na to przygotowani… Gdy dorosły wciela się w postać dziecka zazwyczaj przekracza bardzo cienką granicę między dziecięcymi emocjami a infantylizmem, a wtedy też staje się to śmieszne, a czasem nawet niestety żałosne… Ale na szczęście nie tym razem! Łukasz Chrzuszcz jest od tego bardzo daleko – przekazuje nam emocje dziesięciolatka, wystrzegając się kiepskiego kabaretu. Co więcej doprowadza nas do śmiechu, do ukrytych łez, a nawet do zakłopotania. Bo Ścianananaświat nie jest bowiem komedią ani groteską.

To intrygujące przedstawienie opowiadające o arcyważnych sprawach – potrzebie bliskości, zrozumienia i barierach oddzielających świat dorosłych od świata dziecka. Maurycy, którego nazywają Momo, to główny bohater, a właściwie jedyny bohater, który do nas mówi. Tylko on bowiem wierzy, że dorośli, którzy przyszli na jego „wykład” chcą go nie tylko wysłuchać, ale także zrozumieć… Słuchając go, wierzymy, że mówi do nas dziecko. Aktor zdaje się odnajdywać w sobie to, co zostało w nim z dzieciństwa. To co próbuje obudzić również w nas! Choć ma w sobie coś z „starego-małego”, czyli geniusza w ciele dziecka. To jednak potrafi być nieco wycofany, nieśmiały i niepewny. Ujawnia to mimiką, drobnym gestem, ruchem ciała. Ma on poczucie, że dziecko dla dorosłego jest tylko małą, nic nieznaczącą istotką, której wypowiadane słowa powinny być kierowane tylko do pluszowego misia.

Sztuka Serge Kribusa opowiada, czy też przypomina o tym, jak to jest być dzieckiem. Momo, prowadzi wykład, podczas którego udowadnia, że dorośli zupełnie nie znają dzieci, ponieważ sami nie pamiętają swojego dzieciństwa. Stali się oni szarzy, zmęczeni, nieciekawi i obojętni. Czasem nawet przezroczyści, nudni i zgorzkniali. Z kolei świat Momo pozostaje tajemniczą, nieodgadnioną krainą, w której nie ma miejsca na nudną i przewidywalną codzienność! Pełen energii, dociekliwy i zabawny Maurycy pragnie poznać zasady rządzące światem. Jak wyglądałby świat, gdyby nasze oczy były tam, gdzie teraz są nasze stopy? Jak to się dzieje, że kwiaty, które nie mają oczu, wiedzą, z której strony świeci słońce? I czy ryby kiedykolwiek zasypiają, mimo że nie mając powiek nie zamykają oczu? Kiedy przyjdzie do mnie Piotruś Pan? W tych pozornie absurdalnych pytaniach kryje się szczera dziecięca logika i żarliwa wiara. Momo to alter ego każdego z nas. Obojętnie czy pragnęliśmy być szeryfem, fryzjerką, lekarką czy Indianinem, ale jednak mieliśmy marzenia. Dziś ich nie mamy. Jesteśmy szarą masą żyjącą z dnia na dzień. W momencie, gdy zapominamy o marzeniach z dzieciństwa zapominamy o swoich korzeniach. Tym samym Momo chce nam powiedzieć, że zapominamy kim jesteśmy! Świat bez rozmów to świat bez bliskości, pełen nierozwiązanych konfliktów, dusznej atmosfery i destrukcyjnych gier. To spektakl o tym, że warto czasami pozwolić dojść do głosu naszemu wewnętrznemu dziecku.

Dorosły zupełnie nie zna dziecka, nie pamięta swojego dzieciństwa. Nie jest nawet pewne, że każde dziecko jest zawsze w stanie mówić o swoich przeżyciach, lękach, o swoich potrzebach. Ale zawsze będzie o tym mówić lepiej niż dorosły.

Na koniec nie sposób również zapomnieć o piosence M. Jacksona "I’ll be there", która przede wszystkim wzrusza i zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem. Może nawet pomaga wyciągnąć to wewnętrzne dziecko z naszej duszy.

Przedstawienie jest krótkie i treściwe. Dobrą muzykę zapewnił Jan Kaliszewski. Naprawdę gorąco polecam! Takich spektakli Teatr Polski powinien mieć więcej.

Joanna Łuczak

 

 

Polub Plportal.pl:

Reklama