Człowiek, aktorstwo i symbioza

Reklama

pt., 11/20/2015 - 22:28 -- marianna.ruks

Z Olo Machalicą spotykałam się już kilka razy. Zawsze przy okazji pisania jakiegoś aktorsko-teatralnego artykułu, zawsze po spektaklu, w którym grał i zawsze musiałam czekać na niego bardzo długo. Wszyscy jego koledzy-aktorzy z danego przedstawienia zdążyli już wyjść, a mnie, mniej lub bardziej spokojną, krew zalewała. Wreszcie nie wytrzymałam i spytałam, czemu tak długo to trwa. Pan Olo powiedział, że nie może tak po prostu zostawić roli samopas i szybko wyjść sobie z garderoby, a to doskonały temat do rozmowy.

Rozmawiać będzie Natalia Mikołajska

Pytanie wstępne, czyli krótkie i rozluźniające, bo trochę banalne, ale jednocześnie tworzące atmosferę powagi pod pytania
przyszłe. Ponieważ kiedyś mówił mi Pan, że traktuje rolę komediową autentycznie i dlatego się nie śmieje, zatem: Czy każdą rolę traktuje Pan z takim samym autentyzmem?

Tak, ja traktuje je zawsze na poważnie i bardzo serio, choć trudno znaleźć tutaj takie jedno słowo, które określało by cały mój stosunek do roli, nie było zbyt banalne i zawarte w nim były wszystkie moje o niej myśli. Z mojego punktu widzenia, czy też siedzenia, nie mogę po prostu traktować roli inaczej, bo praca nad nią i próba dotarcia do jej głębi jest zawsze taka sama, obojętnie, czy to jest postać tragiczna czy komediowa. Mogę ją postrzegać tylko autentycznie, chcę bowiem dotrzeć do jej sedna, rozpoznać ją w każdym kierunku – i w pionie i w poziomie.

ZACHOWANIA SYMBIOTYCZNE

Jak mocno przywiązuje się Pan do roli?

Trudno znaleźć taką miarę, czy też ją określić. Ale np. kiedy spektakl schodzi ze sceny, czyli po prostu nie będzie już grany, wtedy jest ci żal, bo dowiadujesz się na ile ta rola była dla ciebie ważna i na ile się z tą... postacią zżyłeś. Odrzucam tu nazwę rola, bo ona stwarza swego rodzaju dystans. Zupełnie inaczej jest właśnie z postacią, a nawet z bohaterem - on staje ci się bliższy, kiedy próbujesz go wykreować. Wracając do sprawy – kiedy kończymy grać jakiś spektakl, ty analizujesz pełniej tę postać. Myślisz co z niej ci zostaje, a co cię opuszcza. A wtedy zawsze w człowieku pozostaje pewien taki fragment tęsknoty.

Czyli rola, albo postać, jak Pan woli, staje się Panu bliska jak żywa osoba?

Ona jest żywa. Przecież najpierw, w czasie prób, ja ją wykreowałem, dałem jej życie z papierowego opisu, musiałem dla niej coś wymyślić, jeśli nigdy nie robiłem tego, czym ona żyje na co dzień. Ona jest żywa, choć wiem, że brzmi to dość niewiarygodnie...

Zupełnie jak symbioza...

Tak, myślę że jestem tu w temacie. Bo przecież to jest tak, że aktor żywi się rolą i równocześnie rola dzięki aktorowi żyje.

Czym dla Pana jest więc ta symbioza?

Ja staram się po prostu wejść w postać tak głęboko, żeby ten widz, albo widzka, jeśli to będzie Pani, nie widział, a Pani nie widziała, mnie, tylko od początku do końca tę postać.

A co daje Panu to, że może być wieloma postaciami naraz?

Może zabrzmi to trochę banalnie, ale tak właśnie jest: czasami można powiedzieć przez graną przez siebie postać dużo więcej światu, ludziom wokół, niż odważyłbyś się powiedzieć w tych takich realnych warunkach.

Czyli może Pan grać różne rzeczy i nie brać za nie większej odpowiedzialności?

Nie, nie. Odpowiedzialność jest zawsze. Chcesz tego czy nie. Chodzi o to, że łatwiej jest przez taką postać wyartykułować pewne rzeczy.

Załóżmy, że gra Pan mordercę. Czy wtedy czuje się Pan odpowiedzialny za to, że on zabił?

Nie, ale mogę opowiedzieć o swoim stosunku do tej postaci. Np. morderca zawsze zasługuje na potępienie, ale ja mogę przez tą rolę powiedzieć, że ja to rozumiem inaczej...

Każdy aktor broni swojej roli.

Dla mnie to nie jest tak. Ja powiem Pani, że w ogóle nie rozumiem tego pojęcia. Bo co to znaczy bronić swoją rolę? Ja często słyszę to, że aktor ją broni, albo że to jest obrona roli, ale ja tak naprawdę tego nie rozumiem. Tu w ogóle nie chodzi o obronę, ale o pewne rozumienie... Rozumienie motywów działania, które nie muszą być dla widza jasne ani nawet wiązać się z akcją spektaklu.

Aktorzy mówią, że w postaci negatywnej granej przez siebie, szukają jakichś cech pozytywnych, żeby się z nią związać. Pan tego nie robi?

Nie, to nie o to chodzi. Ja w postaci przede wszystkim szukam wiarygodności. Szukam w sobie podobnych stanów ducha, przecież na co dzień, my aktorzy, nie jesteśmy mordercami, choć możemy czasami pacnąć muchę, motyla czy komara...

No nie, ja bym nie zrobiła nic motylowi. Przecież to takie ładne stworzonko.

W takim razie możemy np. zabijać uczucia w sobie i w innych. Wtedy po prostu szukasz w sobie takich emocji, które związane są z danym zachowaniem, złym czynem postaci, morderczą akcją, które mogły w niej występować w trakcie wykonywania tego haniebnego czynu. I jeśli umiesz te uczucia znaleźć, wyartykułować je i później przekazać, wyrzucić to z siebie, ubrać w słowa i formę. Wtedy jest to wiarygodne.

Jak daleko można „pójść” za swoją rolą, postacią?

Nie ma żadnych ograniczeń, jeżeli jako aktor chcesz dojść po analizie tekstu, motywacji i zachowań postaci do jej sedna. Jeśli jeszcze starasz się i walczysz o to, nic cię nie ogranicza.

Jakie są koszty takiego „pójścia”?

Ja mówię tu zawsze o świadomych poszukiwaniach, a nie poddawaniu się samym emocjom bez kontroli... A koszty mogą być przyjemne. Np. można się zakochać.

W kim? W aktorce, z którą Pan akurat gra?

Tak, bo ja jej nie postrzegam jako ją, tylko widzę ją oczami tej postaci, którą gram. Zresztą to właśnie tutaj jest punkt, w którym miesza się życie aktorskie z rzeczywistością. I to nie są odosobnione przypadki.

Czyli rola może tu być jednak, chociaż czasami, pasożytem?

Nie, nigdy, bo prawdę mówiąc, to tylko aktor pasożytuje na roli, albo mówiąc inaczej: rola jest pokarmem aktora. Odwróćmy sytuację z punktu widzenia roli: Aktor zagra ją źle. Czy Pani myśli, że ona chciałaby żywić się na padlinie?

Ostro podchodzi Pan do sprawy... Zatem to tylko aktor jest tu pasożytem. Czy tak?

Tak. Bo po pierwsze to aktor wybiera rolę, nie rola aktora. Tzn. rola jest aktorowi zadana przez reżysera. On może ją przyjąć, albo i nie. Poza tym rola nic z tej relacji nie ma – jeśli powiedzą coś, albo napiszą, to zawsze o aktorze, nigdy o roli. A dodatkowo to aktorowi za rolę zapłacą, a nie roli za aktora.

A jak taka biedna rola się może się bronić?

W żaden sposób - rola nie ma szans. Od początku nie ma wyboru. Ona po prostu czeka, aż będzie zagrana. Zupełnie tak, jak pokarm z lodówki na bycie skonsumowanym.

ŻYWA PODŚWIADOMOŚĆ
Jaka jest rola Pańskiej podświadomości w całym tym procesie?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo przecież podświadomość działa pod. Ona nagle ujawnia coś, pozwala dostrzec jakieś asocjacje i zależności w budowaniu roli, ale pozostaje częścią kompletnie nie kontrolowaną. Ja myślę, że im więcej masz doświadczeń i przeżyć, a pielęgnujesz swoją podświadomość, słuchasz jej i zwracasz uwagę na to co mówi, to ona podrzuca ci pewne skojarzenia i rozwiązania przydatne w pracy.

Zawsze w końcu przychodzi Pan na umówione ze mną spotkanie. Gdzie zatem jest ta granica, która pozwala Panu pozostawić rolę samą w garderobie?

Tak, fakt, że zwlekam się powoli z tej garderoby, ale się zwlekam. To dlatego, że u mnie z opuszczeniem garderoby powstał już taki prawdziwy rytuał. Najpierw schodzę ze sceny, potem powoli ściągam z siebie kostium, po kolei wszystkie jego kawałki, a wraz z nimi części świadomości tej postaci i wreszcie wychodzę z garderoby.

Smutny?

Tylko wtedy gdy wiem, że to był ostatni spektakl. Zresztą aktorzy urządzają sobie wówczas wielkie pożegnalne przyjęcie.

W którym momencie dana rola, postać, a właściwie jej świat, stają się treścią Pańskiego życia?

W chwili gdy wchodzę na scenę. Wtedy nie ma mnie, Aleksandra Machalicy, jest tylko postać, którą gram. Chociaż tak naprawdę wiele zależy tu od sztuki, którą gramy. Jeżeli gramy coś głębokiego, opartego na formie, np. Czechowa, to postać zaczyna żyć swoim własnym życiem i tworzyć się już w garderobie. Natomiast jak gram lekkiego i niewymagającego Moliera, ta postać zaczyna się gdy, wchodzę zza kulis na scenę.

Porozmawiajmy teraz o próbach. Jeśli próbujecie nową sztukę, to trwa to codziennie przez jakieś 2 miesiące. Czy Pan ściąga z siebie przez ten czas w ogóle skórę postaci?

Ja bym to porównał do wizyt u krawca. Idziesz do krawca i przede wszystkim przynosisz mu materiał. I on pierwszego dnia skroi jedną część zamówionego stroju, przymierza, tu trzeba poprawić, a tam nie. W kolejnym dniu skroi drugą, przymierza, a może tu zmienimy. Gdzie doszyjemy kieszonkę? U góry? Dobrze. A może naramiennik? Nie, to wygląda obrzydliwie. I w teatrze z próbami jest podobnie: codziennie coś dopasowujesz, zupełnie jak u krawca, kiedy szyjesz sobie garnitur na miarę. Chociaż Pani to pewnie szyłaby sobie sukienkę albo garsonkę.

Do garnituru lepiej pasowałaby chyba garsonka.

A może jednak ładna, elegancka sukienka? Najokropniejsze jest gdy przeglądasz się w lustrze i sprawdzasz, czy ci dobrze w tym jest.

I jak jest?

Tak, że lepiej w tym lustrze w ogóle się nie przeglądać.

A jak to jest z postacią w trakcie prób?

W trakcie prób wszyscy aktorzy kłócą się ze sobą, bo przecież każdy ma jakieś wyobrażenie o swojej roli. Kłócą się też w pierwszym rzędzie z reżyserem, którego uważają wówczas za zbędny element przy tworzeniu sztuki. Zresztą wtedy zawsze są takie różne i liczne tarcia, a to wymaga odporności i dużej energii. I tak właśnie toczą się te kłótliwe próby.

Co dzieje się, gdy kończycie w ogóle grać dany spektakl?

Ja osobiście czuję pewien taki żal, bo naprawdę wkładam we wszystkie moje postacie dużo pracy. Ona mnie wcale nie męczy, jednak kosztuje ileś tam wysiłku psychicznego. Takiej postaci trzeba przecież dać życie i jakby stworzyć ją od nowa.

O SYMBIOTYCZNYM GADZIE

Czyli symbioza z graną rolą to według Pana cel sztuki aktorskiej?

Tak, zdecydowanie tak.

Czy można powiedzieć, że z uwagi na te symbiozy z rolami i postaciami, prawdziwy aktor to kameleon?

Tak, można tak powiedzieć. Zwłaszcza, że kameleon, mimo że zmienia barwy, cały czas pozostaje tym samym kameleonem.

A czy Pana żona lubi jaszczurki?

Tak, chyba tak. Taką mam nadzieję.

 

 

Polub Plportal.pl:

Reklama