Zaskakujące: nominacje do Złotych Globów pokazują,jak Hollywood nagradza przeciętność

Reklama

wt., 02/09/2021 - 19:54 -- MagdalenaL

Zdjęcie: dzięki uprzejmości Netflixa i HBO

„Mogę Cię Zniszczyć” zostaje bez nagród, a „Emily w Paryżu” otrzymuje dwie nominacje do tegorocznych Złotych Globów, idealnie ilustrując podwójne standardy Hollywood.

„Emily w Paryżu” nie jest złym serialem: jest lekki, przyjemny i łatwy do oglądania, identyczny jak każdy inny serial o amerykańskiej dziewczynie wprowadzającej się do Paryża i odkrywającej magięfrancuskiego stylu. Serial DarrenaStar’a jest tak solidnie zrobiony, że dziennikarz „New Yorker’a”KyleChayka ogłosił powstanie nowego gatunku telewizji: „telewizji otoczenia” czyli takiej, która nie wymaga naszej uwagi, służy tylko jako „otępiające tło do reszty naszej cyfrowej konsumpcji.” Nie jest zła, jest tylko czymś co leci w tle.

Mimo to cały serial i odtwórczyni głównej roli, Lily Collins, zwrócili na siebie uwagę w zeszłym tygodniu dzięki dwóm nominacjom do tegorocznych Złotych Globów, w kategoriachnajlepszy serial komediowy lub musical, i najlepsza aktorka w serialu komediowym lub musicalu. Nawet niektórzy z twórców byli zaskoczeni: „Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że nasz serial otrzyma nominacje”, mówi w „The Guardian” DeborahCopaken, scenarzystka produkcji.

Jak zawsze, tegoroczne nominacje są też pełne rażących pominięć i pomyłek. „Minari” Lee Isaac’aChung’a, wzruszający film o koreańskiej rodzinie próbującej założyć farmę i zacząć życie w Arkansas lat 80, otrzymał tylko jedną nominację, i to według niektórych w nieprawidłowej kategorii. Mimo to, że „Minari” to amerykański film wyprodukowany przez wytwórnię A24, otrzymał on nominację w kategorii najlepszy film obcojęzyczny, co przypomina zeszłoroczną sytuację z „Kłamstewkiem”.

„New York Times” zwraca uwagę na kolejne zlekceważeniaZłotych Globów, czyli braki nominacji dla filmów takich jak „Pięciu braci”, „Ma Rainey: Matka Blusa”, czy „Judas and the Black Messiah” (a także żadnych dla Meryl Streep). Jednak najbardziej kontrowersyjnym pominięciem był brak „Mogę Cię Zniszczyć” Michaeli Coel, nagradzanego serialu HBO. Coeljestreżyserką, scenarzystką i odtwórczynią głównej roli, a cały serial chwalony był przez krytyków za bezpośrednie przedstawienie molestowania seksualnego, wykorzystywania władzy i wyrażania zgody, a także codziennego życia milenialsów. W swoim eseju w „The Guardian”, Copakentwierdzi że to Coel zasługuje na nominację, i wspomina swoje pierwsze wrażenia po obejrzeniu serialu: „powiedziałam wszystkim, który chcieli mnie wysłuchać ‘ten serial zasługuje wygrać wszystkie nagrody’”.

Fakt, że „Emily w Paryżu”, serial, który jest co najwyżej ‘w porządku’, ma szansę wygrać w dwóch kategoriach, a „Mogę Cię Zniszczyć”, który zwrócił uwagę na Coel jako jedną z najbardziej utalentowanych twórców w show-biznesie, i który może pochwalić się o wiele bardziej kreatywną i oryginalną fabułą,otrzymuje zero uznania,pokazuje traktowanie, z którym czarnoskórzy i inni nie-biali twórcy muszą się zmagać. Dlaczego biali twórcy mogą tworzyć przeciętne produkcje i dostawać więcej propozycji, a nawet wygrywać nagrody, kiedy wszyscy inni pracują dwa, trzy razy ciężej tylko po to żeby móc w jakikolwiek sposób się liczyć? Ludzie mogą być fantastycznymi twórcami bez względu na kolor skóry, ale ciężar perfekcyjności jest większy dla niektórych.

Efektem ubocznym tej nierówności jest fakt, że media przedstawiające mniejszościbiorą na siebie ciężar większej odpowiedzialności. Przykładem może być kampania Gold Open wokół „Bajecznie Bogatych Azjatów”, częścią której było wykupienie wszystkich możliwych biletów na seanse w wybranych kinach. Ta akcja pokazała, że reprezentowane przez film społeczności czują ciężar wspierania podobnych projektów,aby pokazać Hollywood, że takie filmy dobrze się sprzedają. Jednocześnie te społeczności mogą czuć przymus wspierania projektów, z którymi nie mogą się identyfikować – „Bajecznie Bogaci Azjaci” nie pokazuje rzeczywistości większości Amerykanów pochodzenia azjatyckiego, tak samo jak zeszłoroczna disnejowska „Mulan”, która wspierana była tą samą kampanią mimo mnóstwa problemów z filmem. Efekty tych akcji mogą być aż zbyt precyzyjne (na przykład kopie „Bajecznie Bogatych Azjatów takie jak „House of Ho” HBO czy „BlingEmpire” Netflixa). Kiedy takie projekty są krytykowane, ci, którzy je wspierają, mogą czuć się zawiedzeni podważaniem twórców różnego pochodzenia przez Hollywood i media, a nawet całą ideą reprezentacji.

Jednocześnie członkowie rzadko reprezentowanych społeczności często oczekują zbyt wiele od tego typu produkcji. Spodziewają się czegoś więcej od telewizyjnej opery mydlanej takiej jak „BlingEmpire” Netflixa tylko ze względu na azjatycką obsadę, mimo to, że jako społeczeństwo oczekujemy o wiele mniej od jego nie-azjatyckich odpowiedników takich jak „SellingSunset” czy „Real Housewives”.

W skrócie, w telewizji pokazywanych jest tyle produkcji o życiu białych Amerykanów, że ich jakość nie ma żadnego znaczenia; jedna produkcja nigdy nie będzie reprezentowała całego białego amerykańskiego społeczeństwa, bo media wciąż uważają takie życie za uniwersalne. Programy takie jak „Real Housewives” nie mają na celu przedstawić każdego aspektu życia białej osoby w Stanach; mogą być po prostu błahe, dramatyczne i przeciętne, bo oczekujemy, że inni zajmą się cięższymi sprawami. Wynika to z faktu, że 91 procent szefów studiów filmowych jest białych, a 82 procent to mężczyźni, jak donosi 2020 Hollywood Diversity Report od UCLA, i programy, które widzimy w telewizji to odzwierciedlają. Jak możemy przeczytać w wywiadzie z reżyserem „Jesus and the Black Messiah”, nawet czarnoskóry reżyser robiący film z obsadą pełną wielkich gwiazd, i produkowany przez reżysera „Czarnej Pantery” ,Ryana Coogler’a, może mieć problemy z dofinansowaniem swojego projektu.

Tegoroczne nominacje do Złotych Globów przypominają, że mimo inicjatyw w kierunku większej inkluzyjności,Hollywood utrzymuje swoje status quo, dalej stawiając przeciętne prace białych twórców na pierwszym planie. Zamiast ryzykować z przedstawieniem nowych historii i doświadczeń, studia filmowe i serwisy streamingowewciąż powracają do abstrakcyjnej idei „amerykańskiej widowni” i czego ona oczekuje, co prowadzi do błędnego koła rebootów, nigdy nie kończących się serii i przeciętnych projektów od już znanych twórców, takich jak twórcy „Emily w Paryżu”, który również był głównym pomysłodawcą „Seksu w Wielkim Mieście”.

Czarnoskórzy i inni pochodzący z mniejszości twórcy wciąż dostają limitowaną ilość propozycji. Kiedy wreszcie otrzymują szanse, widzowie oczekują całkowitej perfekcji. Nawet kiedy są blisko jej osiągnięcia, tak jak „Minari” i „Mogę Cię Zniszczyć”, nie otrzymują uznania, na które zasługują. Przez ostatnie lata stało się jasne, że rozdania nagród tylko sieją niezadowolenie, i że ich jedyną funkcją jest nagradzanie tych którzy mają już sukcesy za sobą. Pozostaje więc tylko pytanie; dlaczego wciąż zachowujemy się jakby miały jakiekolwiek znaczenie?

Tłumaczyła Karolina Schittko

Autor: 
Bettina Makalintal
Źródło: 

vice.com

Polub Plportal.pl:

Reklama