Recenzja „Anette": Adam Driver olśniewa w osobliwej operze rockowej

Reklama

sob., 07/17/2021 - 01:20 -- MagdalenaL

(Źródło zdjęcia: Amazon Studios)

Na tegorocznym otwarciu Festiwalu Filmowego w Cannes wystąpią Adam Driver i Marion Cotillard w muzycznej satyrze o celebrytach. To na swój sposób zawstydzające i zachwycające, pisze Nicholas Barber.

Premierowy film na tegorocznym festiwalu w Cannes to wstydliwe szaleństwo, który ciężko obejrzeć d końca. To także śmiały, wyjątkowy projekt z pasją, który sprawi, że westchniesz z zachwytu. Tak często przechylałam się między dwiema ocenami, że w ciągu 140 minut Annette wymusiłam u siebie lekką chorobę morską.

Film to surrealistyczna, awangardowa rock opera wyreżyserowana przez Leosa Caraxa, twórcę The Lovers on The Bridge i bajecznie dzikich Holy Motors. Został napisany, z niewielką pomocą Caraxa, przez Rona i Russella Maelów, aka weteranów popowego duetu Sparks (to temat nowego filmu dokumentalnego Edgara Wrighta, The Sparks Brothers). The Maels można spotkać tu i tam w Annette, ale ich główny moment pojawienia się na ekranie, to podnosząca na duchu scena otwierająca, w której zespół raczy nas piosenką So May We Begin w studiu nagraniowym. Po pierwszej zwrotce Maels wymaszerowują na ulicę, wciąż śpiewając, ścigani przez kwartet wokalistów wspierających. Gdy przemierzają Los Angeles, dołączają do nich m.in. Adam Driver i Marion Cotillard, a kamera jest tuż przed nimi (troszkę jak w teledysku The Verve: Bittersweet Symphony) w jednym nieprzerwanym ujęciu. To radosna sekwencja – najbardziej radosna część filmu, w zasadzie – obiecująca, że czeka nas porywająca, artystyczna wersja La La Land. Jak się okazuje, Annette bliżej jest do artystycznej wersji Narodziny gwiazdy. Pierwsza godzina filmu opowiada o rozpadającej się relacji między dwojgiem aktorów, gdy kariera kobiety pnie się w górę, a mężczyzny się wali. Potem robi się zdecydowanie dziwniej.

Driver gra Henry'ego McHenry'ego, niezdrowego komika, który lubi nosić szlafrok i kapcie na swoje mizantropijne (i okropne) stand-upy, The Ape of God. Cotillard gra jego dziewczynę, Ann, operową divę, którą świat uważa za zbyt dobrą dla niego: reportaż w Showbizz News nosi tytuł Piękna i bękart. Niemniej jednak Henry i Ann biorą ślub i mają dziecko, Annette, która okazuje się być niepokojącą, podobną do laleczki Chucky, drewnianą marionetką ze świecącym sercem E.T. The Extra Terrestrial.

| Były chwile, kiedy film był tak beznadziejny, a zarazem tak dziwny, że zastanawiałem się, jak w ogóle powstał – i podejrzewam, że odpowiedź ma dwa słowa oraz brzmi „Adam Driver”

Najbardziej urzekające w tym wszystkim jest to, że film jest śpiewany – to znaczy, że ciężko natknąć się w nim na dialogi, które nie byłyby ustawione na uderzające śpiewy Maelów. Henry i Ann zawsze śpiewają, niezależnie od tego, czy odganiają paparazzi, spieszą przez Kalifornię na motocyklu Henry'ego, uprawiają seks, czy, w najlepszym momencie Cotillard, pływają na plecach w basenie przed ich ustronnym domem. To cudownie dziwny zamysł, chociaż każdy, mający nadzieję na żywy musical, może być rozczarowany, że Maelowie przedkładają powtarzalne pieśni nad dowcipne rymy i pełnometrażowe piosenki. Robi się męczące, gdy ludzie powtarzają „Dlaczego zostałeś komikiem” i „Tak bardzo się kochamy”, w kółko jedno i to samo. Inną kwestią, do której się przyczepię, jest to, że na początek formalnemu radykalizmowi filmu nie pasuje konwencjonalna oprawa wizualna ani banalna fabuła. Kiedy już nowość nieubłaganej muzyki przeminie, zdajesz sobie sprawę, że Annette jest pozbawioną humoru, powierzchowną satyrą na temat celebrytów, która wydaje się o dekadę lub trzy za stara.


(Źródło: Amazon Studios)

Nie zgłębia też wprowadzonego w pierwszych minutach pytania o to, co Piękna w nim widzi. Przekładając to na muzyczny język, Ann i Henry są postaciami monotonnymi. Ann to wizja boskiej urody i talentu, a Henry to potwór stworzony z toksycznej męskości. W pewnym momencie doniesiono, że sześć kobiet „powstało” i oskarżyło go o pełną gniewu przemoc, ale ten wątek pozostaje niewyjaśniony. Możliwe, że jest to po prostu sen Ann – niełatwo to stwierdzić w filmie, który jest tak podobny do snu – ale mimo to, jeśli masz zamiar nawiązać do wykorzystywania kobiet przez sławnego mężczyznę, powinno to być coś więcej niż poboczna sytuacja.

Były chwile, kiedy film był tak beznadziejny, a zarazem tak dziwny, że zastanawiałem się, jak w ogóle powstał – i podejrzewam, że odpowiedź ma dwa słowa oraz brzmi „Adam Driver”. Trudno sobie wyobrazić, żeby jego rolę zagrał lub mógłby zagrać jakikolwiek inny aktor. Pomiędzy Annette, BlackKklansman, Paterson, Umarli nie umierają i Człowiekiem, który zabił Don Kichota, Driver stał się patronem dziwacznych projektów indie, których premiery odbywają się w Cannes. Jego ponury, przerażająco fizyczny występ tutaj jest tour de force.

To nie wystarczy, aby uratować pierwszą połowę filmu, ale to w drugiej połowie rzeczy naprawdę robią się ciekawe. Wciąż małe dziecko – i nadal wykonane z drewna – przypominająca Pinokio córka pary nagle zaczyna drżeć cudownym śpiewem Ann. To wtedy melodramat staje się makabryczną baśnią, tak mroczną i fantastyczną, na jaką zasługuje niepokojące przedstawienie Maelów. Czasami jest kiczowaty, a innym razem pozaziemski, ale delikatne lalkarstwo i ambicja gonzo zagwarantują Annette kult wielbicieli.

W przyszłości powinien być wystawiany na podwójnych afiszach, o północy, z dziwaczną rockową operą Briana De Palmy z 1974 roku, Phantom of the Paradise. Na razie jest to tylko ten rodzaj filmu, który chcesz widzieć w roli otwierającego Festiwal w Cannes, z wybuchową mieszanką urzekającą tłum, hollywoodzkim przepychem i europejskimi eksperymentami z nietypowością. Annette z pewnością podzieli, ale to kuriozum, które domaga się, by je obejrzeć. Nie jest tak, że często oglądasz surrealistyczne, awangardowe opery rockowe. Z drugiej strony, tak chyba jest lepiej.

★★★☆☆

Autor: 
Nicholas Barber / tłum. Julia Warkocka
Polub Plportal.pl:

Reklama