Podróże bez celu z Jarmuschem

Reklama

pon., 05/09/2016 - 02:42 -- Anonim (niezweryfikowany)

Film ma ścisły związek z muzyką, ponieważ muzyka płynie na tle własnego, ruchomego krajobrazu. Inaczej, niż kiedy patrzysz na obraz albo czytasz książkę. Film i muzyka zabierają cię w podróż. Jest coś niezwykle intymnego w sposobie, w jaki film rozwija się w twojej podświadomości i reakcjach emocjonalnych.

 

Tak oto o swojej pasji opowiada Jim Jarmusch, postać, której wpływu na kształt kina nie sposób dziś pominąć. Nie tylko ze względu na jego nowofalowość i świeżość w podejściu do materii filmowej, ale przede wszystkim z powodu specyficznego fenomenu samego twórcy. Ten wychowany na francuskich filmach reżyser tworzył przecież amerykańskie kino, ale mocno przefiltrowane przez europejską wrażliwość i wykreowane z punktu widzenia outsidera. Nie do końca określona tożsamość reżysera stała się furtką do poszukiwań stylistycznych i pozawalała mu łamać stereotypy fabularne. Szczególnie dobrze widać wielopoziomowość tego kina i poczucie humoru reżysera w podejściu do konwencji kulturowych w takich jego filmach, jak „Truposz” (1995), „Kawa i papierosy” (2003) oraz w najnowszym dziele – „Limits of control” (2009). Każde z nich w nieco innych klimatach i stylistyce, ale jednak bezsprzecznie połączone unoszącym się nad nimi duchem specyficznego, bardzo charakterystycznego dla tego twórcy spojrzenia na kino jako gatunek i sposób opowiadania historii.

 

Jarmusch jest reżyserem o ugruntowanej pozycji w panteonie twórców kina umownie nazywanego niezależnym. Dość paradoksalnie zasłynął on dla szerszej publiczności właśnie dzięki emblematowi, jaki do niego przyrósł za sprawą krytyki – o jego dziełach mówi się, że to kino intelektualne, ambitne i gęste od kulturowych odniesień. Nic dziwnego zresztą, gdyż pierwszą jego prawdziwą pasją była i jest literatura, a zaraz po niej muzyka - sam Jarmusch mówi o sobie, że jest przede wszystkim muzykiem, a dopiero potem reżyserem. Muzyczny gust twórcy jest głównym budulcem tkanki każdego jego filmu. Jeszcze zanim stworzy się zarys fabuły, powstaną dialogi i scenariusz, Jarmusch daje się ponieść w intuicyjną podróż muzyczną przy składance, którą sam wybiera po to, by z obrazów muzycznych narodziła się filmowa historia. Taki sposób zaczynania pracy jest już ważną wskazówką interpretacyjną dla widza – pokazuje, jak wielką rolę w odbiorze powinna odgrywać intuicja i wyobraźnia.

 

„Truposz”, dość niezwykły rodzaj westernu, to film oparty na mocno wyeksploatowanym motywie kina drogi, popularnym zwłaszcza w latach 70 w Stanach Zjednoczonych, który przewija się w zasadzie w całej twórczości Jarmuscha, ale w nieco innej wymowie, ponieważ podróż staje się ważna sama w sobie, nie ze względu na cel. Co prawda główny bohater „Truposza” – nomen omen noszący nazwisko Williama Blake'a, poetyckiego guru Jarrmuscha, ma cel – podróżuje do Ameryki Północnej, aby objąć rzekomo czekającą na niego posadę księgowego. Na miejscu jednak okazuje się, że oferta jest nieważna. Tak więc podróż zamienia się w wędrówkę bez celu u boku Indianina nazywającego siebie „Nikt”. O wiele istotniejsza od przebiegu zdarzeń jest poetycka aura, która spowija fabułę, sprawia, że staje się ona oniryczna, a bohaterowie wydają się półrealni, poruszający się na pograniczu jawy i snu. Podróż natomiast zyskuje wymiar symboliczny, jest bowiem drogą do śmierci, podczas której przewodnikiem staje się poezja. „Truposz” to jeden z niewielu filmów Jarmuscha, w którym bohaterowie potrafią się ze sobą porozumieć, na relacjach między nimi nie ciąży przepaść różnicy i obcości, choć są sobie początkowo nieznajomi. Literackość tego filmu sprawia, że fabuła staje się jedynie pretekstem do ukazania głębszych odniesień kulturowych. Reżyser prowadzi widza w labirynt wyobraźni, gdzie główną rolę odgrywa intuicja, która nie działa przecież według znanych schematów odbioru.

 

Jarmusch mówi o sobie, że jest przede wszystkim opowiadaczem historii, bez pretensji do tworzenia kina ideologicznego, czy też nasączonego mglistą metafizyką, o którą czasem jest posądzany przez krytykę. Bardziej niż spójność wizji interesuje go sposób, w jaki elementy układanki składającej się na opowieść łączą się w całość. Dziwna to całość, absurdalna i przypadkowa, odzwierciedlająca nieprzewidywalność relacji międzyludzkich, jak widać to doskonale w „Kawie i papierosach”. Film, mający być w zamierzeniu jedną krótką etiudą, przez 17 lat, w czasie których powstawał, rozrósł się do rozmiarów jedenastu scenek dialogowych. W 2003 roku światło dzienne ujrzała pełnofabularna wersja. Zrealizowany na czarno-białej taśmie, w oszczędnej, niemal ascetycznej scenografii, za to w klimatycznej oprawie muzycznej - między innymi królują kompozycje Iggy'ego Popa i The White Stripes, którzy pojawiają się tu u boku wielu innych ulubionych „gwiazd” Jarmuscha. Film pozbawiony szkieletu fabuły, za to pełnokrwisty na poziomie dialogów, na których opiera się przede wszystkim. Historia pozornie banalna – kilkanaście scen o spotkaniach ludzi w kawiarniach przy kawie i papierosach (czasem zamiast kawy „występuje” herbata). Jarmuschowi udało się pokazać autentyzm codzienności poprzez minimalizm dialogowy oraz skoncentrowanie kadru na mimice postaci oraz rekwizytach, jakie je otaczają. Ogrom absurdu rodzącego się w wyniku nieporozumień, przemilczeń oraz kontrastu między postaciami jest najmocniejszą stroną filmu i źródłem czasem czarnego, ale i dyskretnego humoru. To w codzienności, w zwykłym spotkaniu, tymczasowym zetknięciu się różnych osobowości kryje się najciekawsza historia do opowiedzenia i bogaty materiał fimowy - wydaje się pokazywać Jarmusch. Można „Kawę i papierosy” potraktować jako komedię o języku, o tym jak bardzo nie przystaje on do potrzeb wyrażania emocji, osuwając się w konwencjonalność, powtarzalne schematy i kulturowe stereotypy. Zwłaszcza dobrze to widać, gdy spotykają się bohaterowie pochodzący z różnych środowisk – jak w przypadku epizodu „Cousins”. Cate Blanchett zagrała tu popisową podwójną rolę – siebie jako gwiazdę i kuzynkę, która nie potrafi ukryć, że zazdrości jej sławy. Im więcej ociekających słodyczą uprzejmości, tym bardziej wychodzi na jaw w czasie rozmowy to, co bohaterki chcą ukryć – ich wzajemne uprzedzenia i niechęć. Pełno tu takich niefortunnych komunikacyjnych peknięć.

 

O ile „Kawa i papierosy” to film ze słowem w roli głównej, o tyle „Limits of control” stawia o wiele więcej pytań i wątpliwości. Dzieło z 2009 roku to znowu historia podróży, typowo Jarmuschowej wędrówki bez przygody, gdzie napięcie buduje się poprzez potęgowanie wrażenia „niedziania się”. W miarę rozwoju opowieści film sączy widzowi stopniowo wzrastające uczucie nudy. Oglądając długie, często milczące sceny, wypełnione bardziej twarzami, niż słowami oraz ujęcia przerywane pięknymi pejzażami Hiszpanii, nie można się oprzeć wrażeniu, że reżyser bawi się nudą. Być może to rodzaj gry z przyzwyczajeniami odbiorcy, próba przełamnia schematu poprzez odurzanie monotonią. I tym razem nie obyło się bez poetyckiego patronatu. Film rozpoczyna się cyatem ze „Statku pijanego” Rimbauda, choć Jarmusch mówi, że był on jedynie klamrą dopełniającą całości, gdyż został dodany dopiero po skończeniu realizacji filmu. Na szerszy trop naprowadza natomiast tytuł filmu, zaczerpnięty z eseju Wiliama S. Borroughsa. I tu znowu okazuje się, jak ważne w obrazie filmu jako całości jest dla Jarmuscha tworzywo języka i jak duże przypisuje mu znaczenie: „Słowa wciąż pozostają zasadniczym narzędziem kontroli. Sugestie to słowa. Perswazja to słowa. Rozkazy to słowa. Żadna, wynaleziona dotąd maszyna nie może działać bez słów i każde narzędzie kontroli, które usiłuje się bez nich obyć, zdając się jedynie na siły zewnętrzne lub kontrolę, opartą na przemocy fizycznej nad umysłem, niebawem dotrze do granic tej kontroli”. Film bardzo nieoczywisty i w pierwszym spotkaniu męczący. Pod grubą warstwą nawiązań – do kultury popularnej (Zbieg z Alcatraz), poezji i dramatu (Beckett), kryminału lat 30 i 40 oraz dokonań innych reżyserów (teoria spisku rozwijajaca się automatycznie - jak u uwielbianego przez Jarmuscha Jaquessa Rivette'a), pozostaje prosta historia o płatnym mordercy, który podróżuje przez Hiszpanię, podążając za wskazówkami od nieznajomych, mających doprowadzić go do bliżej nieokreślonego, ale przewidywalnego celu. Dość banalna to fabuła i nie byłoby w tym nic złego, gdyż i tak ratują ją przepiękne zdjęcia i wysmakowana estetyka szczegółu. Niestety jednak razi trochę sztuczny patos, choćby w scenach z Tildą Swinton, gdzie pada wiele aforystycznych „mądrości życiowych” oraz często narzucające się pretensje do poetyckości. Nie można jednak odmówić temu filmowi szerokiego pola do interpretacji. Może zostawić widza zmęczonego statycznym obrazem, zastygłego jak jego milczący bohater, ale na pewno nie powiela schematów. Ma przede wszystkim zabrać w podróż. Jak to często bywa u Jarmuscha – podróż, w której ważne jest wszystko oprócz celu.

Autor: Dominika Wajs

Polub Plportal.pl:

Reklama