Bohaterowie z kryształu

Reklama

sob., 11/21/2015 - 15:20 -- marianna.ruks

1 września przypadała siedemdziesiąta szósta rocznica wybuchu II wojny światowej. Przy tej okazji warto zastanowić się, jak twórcy teatralni i filmowi w Polsce portretują narodowych bohaterów. Przyjrzałam się bliżej trzem postaciom: rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu (pseudonim „Serafiński”), Danucie Siedzikównie („Inka”) i generałowi Augustowi Emilowi Fieldorfowi („Nil”).

Przez ponad pół wieku osoby te nie istniały na kartach polskiej historii. Ich losy, tak różne, a jednak podobne, dobitnie ilustrują mechanizmy zbrodniczego systemu stalinowskiego. To żołnierze wyklęci, którzy stali się ofiarami mordu sądowego w okresie sowieckiego bezprawia. Przez długi czas ciążyło na nich piętno zdrajców Narodu Polskiego. Późniejsza rehabilitacja, a tym samym całkowite oczyszczenie z absurdalnych zarzutów, okazało się niewystarczające. Abyśmy dowiedzieli się, kim byli „Serafiński”, „Inka” i „Nil”, sprawy w swoje ręce musieli wziąć artyści. Po raz kolejny potwierdziło się hasło o przemożnym wpływie przekazu audiowizualnego. Intencją realizatorów było pokazanie, jakimi metodami władza ludowa rozprawiała się z byłymi akowcami. Problem polega na tym, że wówczas stopień zainteresowania tematem, a w konsekwencji siła oddziaływania nie byłyby tak silne. Chłodny, zdystansowany przekaz faktów nigdy nie wywoła takich pokładów emocji, jak sfabularyzowana, przezroczysta opowieść. Poprzez fabułę łatwiej dotrzeć do wrażliwości odbiorców, wstrząsnąć nimi.

Spektakle "Śmierć rotmistrza Pileckiego Bugajskiego" oraz "Inka 1946. Ja jedna zginę" Natalii Korynckiej - Gruz są swego rodzaju hybrydami, w których kreacja artystyczna przeplata się z narracją historyczną. Tego rodzaju połączenie nie wyszło dziełom na dobre. Podobnie rzecz ma się w przypadku Generała Nila. Twórcy obrali strategię, sprowadzającą się do całkowitego wybielenia wizerunku Pileckiego, Siedzikówny i Fieldorfa. Można by powiedzieć „chwała im za to”. W końcu ktoś przemówił wyraźnym głosem w obronie ofiar reżimu. Obrazy doskonale spełniają swą funkcję edukacyjną, lecz z artystycznego punktu widzenia pozostawiają wiele do życzenia. Biorąc pod uwagę fakt, iż są owocem konsultacji z historykami IPN-u, trudno zarzucać im świadczenie nieprawdy. Szkopuł tkwi, jak zwykle w szczegółach, a mianowicie w sposobie sportretowania głównych bohaterów.

Reżyserzy, zamiast starać się wypracować interesującą, daleką od uproszczeń wizję artystyczną, za bardzo koncentrują się na wygrzebanych z archiwów dokumentach. Owszem, wiernie oddają realia epoki i panujące wówczas stosunki, ale wpadają jednocześnie w swego rodzaju pułapkę, zwaną strukturą hagiograficzną. Zdołaliby jej uniknąć, gdyby ich nadrzędnym celem nie było przywrócenie czci oraz honoru zbrukanym przez totalitarny system postaciom. Wykorzystali formę teatralno – filmową do wykreowania ożywionych pomników, niemal świętych, a nie ludzi z krwi i kości. Wszystkie trzy dzieła zajmują się rekonstrukcją dwóch elementów układanki: brutalnego śledztwa oraz procesu. O tym, co działo się przedtem, o wcześniejszych losach bohaterów czy ich dokonaniach dowiadujemy się niewiele. Rotmistrz Pilecki miał na swoim koncie sporo zasług. O ile przedstawienie sekwencji batalistycznych mogłoby nastręczać pewnych trudności ze względu na ograniczony budżet i kameralny charakter Teatru Telewizji, to nie widziałabym przeszkód do ukazania jakże interesującego okresu oświęcimskiego. Jeśli chodzi o generała Fieldorfa, z imponującego arsenału bitew i przedsięwzięć Bugajski przedstawił jedno wydarzenie – organizację zamachu na Franza Kutscherę, szefa SS, Policji i Gestapo na Dystrykt Warszawski.

Potraktowanie po macoszemu życiorysów sprzed aresztowania przez UB było błędem także w przypadku Danuty Siedzikówny. Siedemnastoletnia sanitariuszka i łączniczka w oddziałach 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” z racji młodego wieku nie miała sposobności, by odznaczyć się w sposób szczególny w walce z wrogiem. Nie oznacza to jednak, iż w latach poprzedzających działalność w konspiracji antysowieckiej nie wydarzyły się warte zobrazowania epizody. Zadziwiające, dlaczego scenarzysta Wojciech Tomczyk oraz reżyserka Natalia Koryncka – Gruz nie pokusili się o zarysowanie losów jej rodziców. Wacław Siedzik zmarł w wyniku ponadludzkiej pracy i wyniszczenia organizmu po zsyłce na Sybir. Natomiast należąca do AK matka Eugenia została rozstrzelana przez Gestapo w 1943 roku. Ciekawym zabiegiem byłoby ukazanie emocji, jakie towarzyszyły nastolatce w tym trudnym okresie. Tym bardziej, że te dwa tragiczne epizody miały niebagatelny wpływ na decyzję o wstąpieniu w szeregi Armii Krajowej, a także na późniejszą odmowę współpracy z UB. Zamiast tego twórcy wprowadzili zupełnie niepotrzebną z artystycznego punktu widzenia perspektywę współczesną, która nie dość, że zaburza rytm akcji, to w dodatku drażni nachalnym dydaktyzmem. Czy opowieść o dzielnej sanitariuszce nie może się sama obronić? Prawdopodobnie twórcy uznali, że niezbędne dla uwiarygodnienia historii są przypominające akademicki wykład wtręty. Razi zwłaszcza porównywanie Siedzikówny do biegającej po sopockiej plaży młodzieży. Zestawienie, które ma w założeniu podkreślić tragizm jej losów, okazuje się tanim, banalnym chwytem.

Zarówno Koryncka – Gruz, jak i Bugajski posługują się dawno już zużytym motywem ofiary oraz kata. Nie ma nic złego w stosowaniu tego schematu, o ile nie jest czynnikiem dominującym, służącym wyłącznie wywołaniu określonych emocji. Twórcy chcą, abyśmy współczuli Fieldorfowi, Pileckiemu, Siedzikównie i utożsamiali się z nimi. Sceny obfitujących w psychiczno – fizyczne tortury przesłuchań, w których obserwujemy ponadludzką niezłomność bohaterów, mają nas do nich zbliżyć. Efekt jest zgoła odmienny. Przed naszymi oczami wznoszone są ożywione pomniki świętych. Ich posągowy, spiżowy charakter sprawia, że są monotonne, jednowymiarowe, a przez to nieprawdziwe. Role z pewnością byłyby ciekawsze, gdyby nie uwzględniały wyłącznie ostatniego okresu życia bohaterów. We wszystkich dziełach da się zauważyć te same etapy męczeńskiej drogi: nieuzasadnione aresztowanie, okrutne śledztwo, konfrontacja z oprawcami, spreparowane dowody winy, niesprawiedliwy proces, zbrodnia sądowa. Od razu nasuwa się porównanie z drogą krzyżową Chrystusa. Ci, którzy pragnęli ujrzeć na ekranie ludzi z krwi i kości, mocno się zawiedli. Sprowadzanie polskich żołnierzy wyłącznie do roli ofiar jest zdecydowanie zbyt dużym uproszczeniem. Zamiast pogłębionych psychologicznie portretów otrzymujemy laurki „ku chwale”.

Historie, zamiast operować niuansami, pełne są uproszczeń. Po jednej stronie mamy świętych, niezłomnych bohaterów, po drugiej zaś bezwzględnych, cynicznych ubeków o sadystycznych skłonnościach. Zarówno w spektaklach, jak i w filmie świat przedstawiony jest w sposób jednowymiarowy. Oparta na opozycjach binarnych wersja wydarzeń nie pozostawia widzowi miejsca na refleksję, samodzielne wyciąganie wniosków. Jesteśmy prowadzeni za rękę niczym bierne jednostki, które nie potrafią samodzielnie myśleć.

Miliony widzów dowiedziały się, że w ogóle istniał ktoś taki jak Emil Fieldorf czy odważna sanitariuszka Danuta. Na zasługach edukacyjnych kończą się, niestety, zalety obrazów Bugajskiego i Korynckiej – Gruz. Reżyserzy, pragnąć przywrócić sprawiedliwość przemilczanym bohaterom, zapomnieli po drodze o sprawach artystycznych. Postanowili oddać hołd wymazanym z historii Polski postaciom, co samo w sobie jest celem godnym pochwały, o ile nie cierpi na tym sztuka. Siedzikównę, Pileckiego oraz Fieldorfa przedstawiono w sposób mało wiarygodny. W interpretacji twórców nie są to żywi ludzie, lecz pomnikowe symbole heroizmu, cnoty i patriotyzmu. Nie widać tu chęci wnikliwej analizy ich decyzji, dylematów, jak również tragicznych w skutkach wyborów. Na tle skonstruowanych w tendencyjny sposób czarnych charakterów jawią się niczym naśladowcy chrystusowej drogi przez mękę. Za bardzo skupiono się na misji odkłamywania historii, co poskutkowało wieloma uproszczeniami. Wydobyliśmy zamordowanych żołnierzy z mroków niepamięci. Lecz widzianym na ekranie postaciom daleko do lustrzanego odbicia pierwowzorów.

Marta Cebera

 

 

Polub Plportal.pl:

Reklama