Wielki hit dzięki małej książce

Reklama

ndz., 05/02/2021 - 13:03 -- MagdalenaL

Chcielibyśmy mieć więcej słów: w swojej powieści „Testament Lewisa“ Ulrika Edschmid opowiada o niespokojnym losie Żydów na małej powierzchni.

Historia zaczyna się od wspomnienia. Rok 1972, po kilku zdaniach zostaje naszkicowany polityczny klimat, który będzie kształtował życie pierwszoosobowej narratorki. Okupowane domy, dzielone mieszkania, odwieczna walka z imperializmem i kapitalizmem, protesty przeciwko państwu i policji, nielegalne ruchy podziemne: wszystko kręci się wokół ideologii radykalnej lewicy. W tych latach oznacza to również przemoc i lewicowy terror.

Narrator wspomina mimochodem poszukiwanego przez policję mężczyznę, który zniknął z jej życia w Berlinie i ukrywał się z fałszywymi dokumentami– aluzja do powieści Ulrike Edschmid „The Disappearance of Philip S.”, która podobnie jak jej nowa książka, zawiera elementy autobiograficzne. Edschmid, urodzony w Berlinie w 1940 roku, mieszkał ze studentem filmowym Wernerem Sauberem, który dołączył do lewicowego ekstremistycznego „Ruchu 2 czerwca” i zginął po wymianie ognia z policją.

W „Testamencie Lewisa” historia idzie w innym kierunku. Pierwszoplanowy narrator, który nie ma imienia, nie może już znieść sytuacji w Berlinie i trafia do Londynu z innymi studentami szkoły filmowej. W tym miejscu poznajemy nowego mężczyznę, który odtąd będzie częścią jej życia- najpierw podczas jej studenckich dni w intensywnym związku miłosnym, a następnie, jako głęboko związany z nią przyjaciel, który pojawia się raz po raz. On również nie ma imienia. W powieści nazywany jest Anglikiem. Tworzy to dystans, który zaprzecza intensywności tej relacji.

Najwyższa sztuka dyskretności

Narratorka szybko się wycofuje; prawie wszystko, co opisuje dotyczy Anglika. Dowiadujemy się, kim jest mężczyzna – ale to, jaką ona jest osobą, jak radziła sobie po rozstaniu, co czuje i myśli pozostaje ukryte przed czytelnikiem. Ma to również związek z techniką narracyjną, która nawet od niechcenia opowiada duże tematy i nadaje tekstowi w częściach charakter notatek z dziennika, często bez tematu lub orzeczenia. Ale właśnie ta wycofana narracja sprawia, że czytanie jest atrakcyjne.

Londyn jest miejscem, do którego zbliża się terror. „Bomby IR są wszechobecnym zagrożeniem”. Ale jest też przemoc w innych miejscach. Przyjaciele Anglika są w doku, by zrzucić bomy na posesję „odpychaną przez świat dóbr i władzę pieniądza”.

Sama narratorka pozostaje jedynie obserwatorką lewicowej przemocy, ale nie ma wątpliwości, co do ideologii lewicowej i jej wielkich obietnic lepszego świata. Podczas procesu brutalnych przestępców, którzy byli przyjaciółmi zauważa: „Powiedzielibyśmy też to, co mówią ludzie w głębi doku. Myślimy, co myślą. To, co oddziela nas od nich, to tylko mały krok na drugą stronę.”

Podróżuje z Anglikiem po Europie – Anglia, Niemcy, Hiszpania, Portugalia, gdziekolwiek są dotyka ich lewica, zawsze po dobrej stronie, nigdy nie dostępni dla innych ślepych punktów. Ta gloryfikacja lewicowego ekstremizmu, lewicowa nostalgia, ich domniemanie zrozumienia istnienia uciskanej klasy robotniczej, jako uprzywilejowanych naukowców, osiąga granicę bólu, dopóki książka nagle nie przybiera nieoczekiwanego obrotu.

Anglik jest Żydem. Już dawno minął marsz przez instytucje i nieuchronną burżuazyzację jego lewicowej egzystencji w wielkich skokach narracyjnych w czasie – rozwój, który głęboko rozczarowuje narratora, – kiedy otrzymał wezwanie i stało się jasne, jaki był prawdziwy temat jego życia: jego pochodzenie.  „Nie ma go nigdzie w domu” – powtarza. A teraz zaczynamy rozumieć, krok po kroku, dlaczego. Nagle książka przekształca się w fatalną rodzinną historię, długo oczekiwany powrót do domu, który w końcu nie daje pocieszenia. Nic nie przychodzi tak, jak myślisz. Nie jest to romantyczna opowieść o dobrych chłopcach, ale o oszustwie, niesprawiedliwości i wykluczeniu – w tej wielkiej rodzinie Anglika, który nagle staje w obliczu własnych obrazów wroga.

Strona po stronie historia wciąga bardziej. Jedynym rozczarowaniem jest zwięzłość powieści, która jest tak pomysłowo opowiedziana, że chciałoby się przeczytać o wiele więcej stron. Wspaniale skomponowana opowieść zawiera wszystkie współrzędne szerokiego rodzinnego eposu; ale być może atrakcyjność polega właśnie na tym, by jej nie wyczerpać, a jedynie zanurzyć się w pewnych momentach z melancholijną łatwością, a potem znowu odpuścić.  Jest to książka niezwykła i głęboko poruszająca. Ulrike Edschmid odniosła wielki sukces dzięki tej powieści.

Autor: 
Hannah Bethke, tłumaczyła Monika Wilk
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama