Ta nowa powieść to odpowiedź na odczłowieczającą pracę w fabrykach

Reklama

wt., 08/31/2021 - 14:28 -- MagdalenaL

Zdjęcie: bol.com

Marie Kessels w swojej jedenastej powieści oddaje po raz kolejny ze sporą dozą empatii głos nieusłyszanym. I nigdzie nie przeważa użalanie się nad nimi.

Mięso wieprzowe i jeszcze raz mięso wieprzowe, wszędzie filety z mięsa wieprzowego, które Elżbieta i jej współpracownicy muszą „zawijać” długimi dniami, w zimnie zapobiegającemu gniciu — przy niekończącym się strumieniu zimnego powietrza, ciężka praca jest niezbędna, by móc wytrzymać. Po mojej lewej napływa wciąż przerażająco kolejna dostawa filetów do zawijania. Im szybsze jest tempo, w którym przyrządzamy filety, tym bardziej rozciągliwy staje się czas.

Młoda Polka przyjeżdża do Holandii, aby pracować na linii produkcyjnej firmy zajmującej się przeróbką mięsa wieprzowego, PerfektKost: to punkt wyjścia książki Głód życia [nid. Levenshonger], nowej powieści spod pióra Marie Kessels (1954). Początek jak z ponurej, ukierunkowanej społecznie powieści — chociaż Głód życia być może właśnie jest ukierunkowana na problemy społeczne — ale również przytłaczająco radosna. Kiedy główna bohaterka spogląda w przeszłość na swój wyjazd z pozbawionego perspektyw Poznania, tak patrzy na życie: Za sobą masz ochronny murek, więc próbujesz sobie wyobrazić co by się zmieniło jakby nagle z własnej ręki ten murek zburzyć. I wtedy zaczynasz biec. Duch walki celem życia.

Opowieść dwudziestotrzyletniej narratorki powieści, Elżbiety, dotyczy jej krótkiej kariery w PerfektKost (wytrzymała trzy miesiące — pytanie „dlaczego?” formuje fabułę), która przeplata się ze sprawozdaniami ludzi, którymi bohaterka się otacza. Od kelnerki o imieniu Carl, która miewa wybuchy o „społeczeństwie kontroli”, aż do jej pensjonariusza Józefa, który „nabija się z ludzkości, nie wyłączając jego samego”, a także współlokatorki i współpracowniczki o imieniu Bo. Elżbieta chce „być wielogłosowa”, lub też „żyć ze wszystkimi kanałami otwartymi”, jak Kessels pozwoli jej w późniejszej części powieści powiedzieć. Więc bohaterka słucha i przekazuje, co ludzie wokół niej mówią. W pewien sposób przywołuje to na myśl przełomową powieść-tryptyk, napisaną przez Rachel Cusk w ubiegłym dziesięcioleciu, a w której narratorka w większości pozostała niewidoczna. Była jedynie echem swoich rozmówców, którzy pożerali praktycznie całą przestrzeń. Cyniczny proceder — ta, o której była ta opowieść, wokół której się to wszystko kręciło — gdzie więc ona pozostała?

Krytyka machinalnej pracy

Równocześnie jest to, przynajmniej u Kessels, sposób, aby pokazać czyjeś istnienie przez jego lub jej otoczenie. Na końcu Głodu życia Elżbieta wykłada swoje karty na stół: prawdziwa ludzka opowieść pokazuje „historię uwikłanej w historię innych. Ponieważ dopiero wtedy jako człowiek, żyjący człowiek, otrzymujesz wymiary. Dopiero wtedy porzucana jest wstydliwa idea, że jesteś co najwyżej resztkami na olbrzymiej górze śmieci składającej się z historii posiadającej nad tobą władzę.” Pomysły, które mają nad tobą władzę oraz człowiek jako niezauważalny odpad — Głód życia to odpowiedź na właśnie to.

W ten sposób powieść wpasowuje się w szereg świeżych dzieł literackich, które pracę stawiają w centrum, ale w szczególności odczłowieczający efekt niemal machinalnej pracy, jak w Pracy sezonowej niemieckiego pisarza Heike Geisslera lub też Na taśmie produkcyjnej Francuza Josepha Ponthus (i nie zapominajmy też o filmie Chloé Zhao, Nomadland).

W tym kontekście w nowej powieści Kessels, jej jedenastej książce, w oczy rzuca się wielka ludzkość. Właśnie taką znamy Marie Kessels, o ile ją w ogóle znamy. Poza swoimi powieściami nigdy nie manifestuje się jako pisarka, już od trzydziestu lat nie udziela wywiadów, ani nie bierze udziału w publicznych występach, a jedyne, co o niej wiadomo, to że pracuje (lub pracowała) w kiosku na stacji w Den Bosch.

W tym dziele nie chodzi o samą Kessels. Ładna paralela z pozycją Elżbiety, jednak wydaje się być również manifestem literacko-politycznym. Scena pozostawiona jest bohaterom, często takim, którzy grożą przemienieniem społecznej przemocy w pył; takim, którzy są co najwyżej ziarnem piasku wewnątrz maszyny.

Być może brzmi to modnie — dawanie głosu nieusłyszanym jest „in” — a duch walki jest rzeczywiście pewnikiem w twórczości Kessels, czy to walka jest przeciwko hałasowi w Brullen (2015), przeciwko niemocy osób niewidzących w Ruw (2009), przeciwko parkinsonowi w Veldheer Banner (2018). Jednak z przekonującą nieobecnością użalania się Głód życia sprzeciwia się zarzutom modności, a ponadto Kessels wybiera z wielką empatią (dwuznaczną) ludzkość, razem z którą wielokrotnie można się uśmiechać. Jej bohaterowie żyją ze wzrokiem skierowanym naprzód. Pomyśl o „tym śmierdzącym piwem i mięsem wieprzowym mężczyźnie, który niesłusznie przez siedem miesięcy siedział w pudle, a który jednak bez gorzkości zwymiotował w porcie resztkami swojej potrawki.” Pomyśl o Bo, która swoją młodość postrzega jako łagodną („Muszę to przyznać mojemu ojcowi, że miłość do mojej mamy i mnie podzielił tak uczciwie jak potrafił ze swoją miłością do ryb”). Nigdzie nie panuje użalanie się nad sobą, nawet nie w opisach Danny’ego: drobnego chłopaka, najczęściej pijanego jak wór, który przede wszystkim emanuje radosnym podejściem do życia: „Każdy fantazjuje o tym, że ze wszystkich remediów na znudzenie życiem znajdzie to najlepsze, oraz że przetrwa ponad najdłuższe daty przydatności.”

Właśnie od tego zaczyna się przedstawianie Elżbiety/Kessels, w książce ze wspaniale płynną prozą, przystępną oraz w żadnym momencie nie wracającą do środka. Wbrew reputacji Kessels nie czytamy tutaj w żadnym wysoko-poetyckim języku, poezja co najwyżej przestrzela i przeskakuje przez całą narrację, tak frywolna, jak nieuchwytna („zwierzę człowiek, który nie chce widzieć, ile krwi wypływa przez kaganiec, w którym się szamota”). To równocześnie bryzgi człowieczeństwa od nadającej formę autorki, która  pokazuje w nich swoją wyjątkową osobowość, a więc — na szczęście — nie jest w pełni nieobecna. Przez większość czasu pisarka umieszcza siebie samą na zewnątrz poprzez pozwalanie, aby opowieści innych dalej mogły trwać, zamiast odcinać je skromnie. W ten sposób nadaje ludziom przestrzeń, która przesłania im widok życia, co pokazuje zarówno niepokojące, jak i frywolne strony ich żyć — często równocześnie.

Elektryzujący seks

Ponieważ ta radość życia jest również formą samoobrony. „Narzekanie na pracę kosztuje zbyt wiele sił, nawet jeśli się przygotujesz”, zauważa Elżbieta. A podczas gorącokrwistego, elektryzującego seksu na deszczowym miejscu parkingowym czytamy: Nie chcemy od siebie nawzajem niczego więcej niż to bujanie się, pieszczenie i brudne zlizywanie śliny, aż zapomnimy o czasie, zapomnimy o nas samych, zapomnimy o PerfektKost.

A jednak siła Głodu życia nie kryje się w zapomnieniu, rezygnacji, czy posłuszeństwie. Życie w służbie mięsu wieprzowemu to podłe życie, i mimo że, pracownicy fabryki być może „są zbyt dumni, aby robić wokół tego szum”, to granica w pewnym momencie zostaje osiągnięta. Możesz również stać się zbyt intymnym elementem wielkiego kręgu życia i śmierci: świnie i ludzie zebrani razem w jednym długim łańcuchu produkcyjnym,  jak Kessels pozwala skonkludować Elżbiecie ostro jak brzytwa. Co robimy naszemu mięsu wieprzowemu, robimy również ludziom.

Ale co możesz zrobić przeciwko temu jako resztki, jako ziarenko piasku? Jak walczyć? Początek to podniosły głos, usłyszana opowieść. W tej powieści, w formie, którą otrzymała ze wszystkimi tymi różnorodnymi głosami tych wszystkich teraz-już-nie-niewidzialnych głodów życia, widzimy drżącą, tonącą próbę. Opowiadanie o tych ludzkich życiach tworzy garstkę piasku, która sprawia, że maszyna się kruszy — a przynajmniej dla mnie. To najbardziej potężna ukierunkowana społecznie powieść w holenderskiej literaturze, która została stworzona w dzisiejszych czasach.

Autor: 
Thomas de Veen tłum. Julia Lewandowska
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama