Łowca niewolników nie powie przecież – dorwę tego Afroamerykanina!

Reklama

śr., 09/01/2021 - 13:57 -- MagdalenaL

Colson Whitehead jest współcześnie najbardziej znanym pisarzem Ameryki, ale też najbardziej zmiennym. Po jego głośniej powieści o niewolnikach – Kolej podziemna, napisał zaskakujący scenariusz komedii szelmowskiej. Rozmowa o Nowym Jorku, rasach i bólu słowa na „M” (murzyn – przyp. tłumacza).

„ See you soon – but is 1:10PM, est ok?“ ( Widzimy się wkrótce, o 13:10. Może być?) pisze. Colson Whitehead spóźnia się dziesięć minut. Sporo pracy. Fotograf utknął w korku u wylotu na Long Island. Nowa powieść Harlem Shuffle uhonorowana dwoma nagrodami Pulitzera, kładzie długi cień na swoje poprzedniczki. I również tym razem jest to zupełnie inna książka, jak to stwierdził kolega George Saunders, o Whitehead’zie że jest największy na tle wszystkich amerykańskich pisarzy.

Colson pisał już w nurcie magicznego realizmu, ( Kolej podziemna), również satyry, (Apex), a także pamiętniki ( The last summer On Long Island), liryczny portret miasta (The Collosus of New York), a nawet stworzył powieść o zombie (Zone One). Teraz opublikował piątą pracę – Harlem Shuffle  - którą można nazwać komedią gangsterską.                                                                                                                       

Opowiada ona historię Ray’a Carneys’a, którego ojciec był miejscowym gangsterem. W końcach lat pięćdziesiątych, początek sześćdziesiątych posiada nasza główna postać sklep z meblami. Główny bohater aspiruje do klasy średniej społeczności Harlemu, jednak nie ważne kiedy i jak i gdzie nadal pozostaje w świecie drobnych przestępców.

W końcu Whitehead pojawia się. W Berlinie jest już wieczór, w Sag Harbor słońce oświetla piękny dom pisarza. Colson jest bardzo uporządkowaną osobą, często się śmieje podczas wywiadu, nawet kiedy rozmowa  toczy się wokoło tak zwanego gówna rasistowskiego.

WELT: Pańskie ostanie obydwie powieści są bardzo znane, ale też jednocześnie bardzo smutne. W przeciwieństwie do nich Harlem Shuffle jest bardzo lekka i zabawna. Jak to się stało?

WHITEHEAD:  Miedziaki opowiadają o jednej stronie mojej osobowości, a Harlem Shuffle o drugiej. Czasem staje się poważny i przedstawiam mój punkt widzenia amerykańskiej historii, oraz trudnych tematów powiązanych z nią. Jednak czasem jest też miło, mieć trochę zabawy i radości. Tak samo mam z filami czasem oglądam ART-Classic a czasem The Rock-  film który mówi o chronieniu swojego miejsca.

WELT: Tym razem robi Pan sobie żarty nawet z Junnetteth (święto wyzwolenia niewolników obchodzone co roku 19 czerwca, przyp. tłumacza), dnia pamięci końca niewolnictwa. Czy jest to przypadek, kiedy to ton komedii uwalnia, po tym jak napisał Pan powieść o niewolnictwie, i jedną o Jim’ie Crow?

WHITEHEAD: Można szanować coś, a jednocześnie robić sobie z tego żarty. Nie ma takiej świętości, aby nie można by było sobie żartować. Poza tym chciałem spróbować stworzyć powieść, taką jak na przykład o Ray’u Carney’u, o gangsterach – oni też nie zawsze zachowują się poprawianie, tak jak należy.

WELT: Powszechnie uważa się, że Harlem Shuffle  jest książką kryminalną. I rzeczywiście, użył Pan bardzo specyficznego języka: z angielskiego Heist znaczy napad – jeśli już ktoś nie zna znaczenia słowa, to chociaż kojarzy je z filmów.

WHITEHEAD: Zawsze lubiłem filmy o napadach. Kiedy byłem dzieckiem, był telewizor u mojej opiekunki, i widziałem, Pieskie Popołudnie Sidney’a Lumets’a . Są filmy kryminalne tak zwane Low-Fi i High-Tech-Variante - takie jak Ocean’s 11, i dwa należą do tego samego kina. Pewnego dnia siedziałem w aucie i pomyślałem sobie -  czy nie byłoby śmiesznie napisać książkę kryminalną, taką o napadach rabunkowych? Czy w ogóle mogę? I wtedy też sam sobie dałem takie pozwolenie.

WELT: Można by pomyśleć że Pańska pierwsza powieść The Intuintionist (nie przetłumaczona, póki co na język polski – przyp. tłumacza), jest powieścią detektywistyczną.

WHITEHEAD: Można by. Tempo, zwroty akcji – dzięki temu powstały moje książki, po tym jak w końcu lat dziewięćdziesiątych zaczytywałem się James’em Ellroy’em, Walterem Mosley’em, czy też Elmore’em Leonardem. Chciałem wtedy zostać scenarzystą. Kiedy człowiek zaczyna pisać, kryminały, to jest to dobra szkoła. Jednak The Intuintionist z punktu widzenia postmodernistycznego  Off-Kultur-ART, jest zbliżone bardzo do historii detektywistycznej. Harlem Shuffle, z kolei, jest w pełni powieścią kryminalną. Nie ma ona wydźwięku ironiczno-postmodernistycznego.

WELT: I do tego książka jest też napisana ze złożenia drobnym form literackich. Właściwie jest zbudowana z 3 nowel…

WHITEHEAD: To prawda. Początkowo miałem pomysł, aby stworzyć książkę z napadem w tle, ale potem coraz częściej wpadały mi pomysły dotyczące Carney’a. Pomyślałem sobie wtedy: Może powinny być to trzy historie, które będą łączyły się w całość. Tak książka stałą się studium nad charakterem głównego bohatera, trzy różne epizody stały się życiem głównego bohatera. Wydawało mi się to bardziej interesujące aniżeli historia samego napadu.

WELT: Ray Carney nie jest jedyna główna postacią powieści, jest jeszcze ktoś, duża postać w tle – Harlem. Dlaczego właśnie Harlem?

WHITEHEAD: Kiedy pisze się powieść kryminalną, której akcja toczy się w Nowym Jorku w latach pięćdziesiątych, to samo przez siebie się rozumie, że musi to być po prostu Harlem. Harlem jest żywą legendą. Całe życie czarnych toczy się w tam, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Takie gangi jak Black Mobsters miały tam nawet swoja siedzibę główną, czy też szefowie gangsterscy tacy jak Bumpy Johnson, na przykład.

WELT: Pan sam nigdy nie żył w Harlemie, ale Pana rodzice już tak.

WHITEHEAD: Moi rodzice mieszkali w Harlemie, kiedy byli w koledżu. Moje siostry się tam urodziły. Kiedy ja przyszedłem na świat, mieszkaliśmy przy rogu 109-tej i Riverside. Stamtąd pochodzą moje najwcześniejsze wspomnienia. I właśnie dla Carney’a Riverside jest miejscem, za którym tęskni. Dąży aby tam się dostać, i kiedy mu się uda to będzie u celu.

WELT: „ Czarne i białe miasto: przecinają się, a jednak nic o sobie nie wiedzą, były rozdzielone, a jednak łączą się”. Tak też jest w powieści. Centralny pasaż?

WHITEHEAD: Carney jest centrum. Biali pojawiają się sporadycznie.

WELT: Zacytowałem to miejsce ponieważ w Pańskim wcześniejszym portrecie  Nowego Jorku – The Clossus of New York – mogłoby tak być.  Przy 125-tej ulicy, gdzie Carney prowadzi swój sklep meblowy, spotykają się dwie rzeczywistości -  jak to w Pana wczesnych wspomnieniach dotyczących dużego miasta. Te rzeczywistości są książkowym rodzeństwem – braćmi czy siostrami?

WHITEHEAD: Pisze wciąż o mieście, na szczęście bez powtarzania się. Portret miasta  - społeczności w The Colossus of NY jest inny aniżeli w Zone One, a stosunek Carney’a do miasta też jest inny. W The Colossus of NY  przedstawione są postacie, które będą służyć za podwaliny postaci w kolejnych moich książkach.

WELT: Jaka jest Pańska osobista relacja do miasta?

WHITEHEAD: Kocham je na śmierć. Ostatnie pięć miesięcy było naprawdę wspaniałe. To miasto wciąż pobudza do życia. Przez cały rok było spokojne. Na przełomie marca i kwietnia zaczęło znowu kwitnąć – więcej ludzi zaczęło pojawiać się na ulicy, coraz więcej sklepów było otwarte. Czasem odkrywałem miejsca, w których nigdy nie byłem. W ostatnim tygodniu byłem w Midtown-West, niechlubnej części miasta, pomiędzy Time Square i Port Authority.

WELT: The Colossus of NY rozpoczyna się specyficznym żartem – „Jestem tutaj, ponieważ tutaj się urodziłem, i dla każdego innego miejsca jestem przegrany.”

WHITEHEAD: Jest to prawda. Mój zawód sprawia, że musze podróżować do innych miast, dwa dni w Berlinie, dwa dni w Paryżu, ale to Nowy Jork jest moją ojczyzną i moją muzą. To miejsce które sprawia, że mam gęsią skórkę. Jestem w pełni nowojorczykiem, na dobre i na złe.

WELT: Czy zdradzi mi Pan ulubioną książkę Colsona Whitehead’a?

WHITEHEAD: Chyba ostatnie dwie, Miedziaki i Harlem Shuffle?  Im mniej czasu minęło, tym bardziej mam je w pamięci. O starszych książkach jak The Intuitionist myślę sobie – nie mam pojęcia kto to napisał. Książka o windach. To brzmi na szaleńca!!! Kto mógłby coś takiego zrobić? Wiem kto! Ktoś kto napisał Miedziaki i Harlem Shuffle.

WELT: Która z tych książek była najtrudniejsza?

WHITEHEAD: Wszystkie były w jakiś sposób trudne, jednak najtrudniejsza to chyba The Intuitionist. Byłem bez pieniędzy i podirytowany faktem pisania dziesięć razy dziennie – winda - i  uważałem to za po prostu głupie. W Harlem Shuffle problem był inny, czy fabuła będzie spójna, w Kolei podziemnej pojawiło się pytanie – jak pisać o niewolnictwie, skoro już tyle razy ten temat był poruszany w literaturze? Podczas pisania książki zawsze jest jakiś problem i za każdym razem trzeba mieć jakąś strategie aby to rozwiązać.

WELT: Rozmawiamy cały czas o pisaniu, ale The Intuitionist nie była Pańska pierwsza powieścią. Właściwie Pańska pierwsza powieść nigdy nie została opublikowana. Schował ją Pan w szufladzie?

WHEITEHEAD: To nie jest dobra powieść. Jest wiele złych książek, które też można publikować, kiedy to już i tak się od lat czyni. Doszedłem do tego, że aby ta książka spełniła moje wymagania wobec moich powieści, to kosztowałoby mnie to sporo czasu i energii, które wolę poświęcić na inne moje projekty. Od dwudziestu lat nie zaglądałem do niej, ale najpierw jedna książka musi być skończona, abym rozpoczął pracę nad drugą – muszę się najpierw nauczyć jak przebiec ten maraton. Może moje dzieci mogłyby wykorzystać ten manuskrypt, kiedy okaże się, że są bankrutami, a może, kiedy już umrę to będą mogły go wykorzystać aby pokryć koszty moich długów gracza.

WELT: Pańskie książki są pisane w nurcie bardzo różnorodnym, od historycznych powieści przez satyrę, opowieść o zombie aż do pamiętnika … Jest prawie niemożliwym do przewidzenia o czym będzie Pańska następna twórczość.  Abstrahując od tego że wszystkie Pan napisał, to co je jeszcze łączy?

WHITEHEAD: Jest kilka tematów które pojawiają się w każdej z nich: wyścig, historia, popkultura, i humor, który odgrywa dużą rolę. Nie wszystkie z tych wątków, pojawia się w każdej książce. Każda książka jest kontratakiem dla poprzedniej.

WELT: Szybko się Pan nudzi?

WHITEHEAD: To nie nuda, mam po prostu dosyć. Zawsze mi lżej, kiedy już skończę książkę.

WELT: W jednym gatunku Pan jeszcze nigdy nie próbował pisać, a jest on najbardziej amerykański ze wszystkich – saga rodzinna. Jeszcze nigdy Pan takiej nie napisał.

WHITEHEAD: Last Summer of Long Island mówi o dwóch braciach i ich rodzicach. Dla Carney’a z Harlem Shuffle, rodzina też jest ważnym elementem. Ale na mojej życiowej liście życzeń nie ma nigdzie napisania saga rodzinnej. Nie jest to awersja lub coś podobnego, po prostu nigdy nie przyszło mi to do głowy. Ale kto wie, co napisze za jakiś czas…

WELT: Teraz z innej beczki: w niemieckim wydaniu Harlem Shuffle pojawia się pewne zaprzeczenie, i brzmi ono: Według życzenia autora, język użyty w książce jest odzwierciedleniem języka z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych okresu historycznego Stanach. Naturalnie chodzi o słowo na „M”. W amerykańskim wydaniu nie ma tego zastrzeżenia.

WHITEHEAD: Historia rasistowska rozpoczęła swoją przemianę w Ameryce w latach sześćdziesiątych. Europa już to nadrobiła, i zaczęło się właśnie jej odbijać. Mój niemiecki wydawca dostawał listy, w których to ludzie skarżyli się, że użyto słowo na „M”. Sprawiało mi to ogromna przykrość.  Wydawca ma sporo trudności, i musi jeszcze dodatkowo otwierać listów, w których to ludzie karzą go za język książki. Jest to historyczna powieść, a język jest adekwatny do czasów o jakich opowiada. Dyskusja na ten temat jest po prostu śmieszna, ale każdy kraj sam musi się uporać ze swoimi rasistowskimi, lub imperialistycznymi historiami, czy tez kolonializmem. Teraz właśnie jest w punkcie, gdzie podejmuję dyskusję dotyczącą szalonego i niszczącego gówna rasistowskiego. Dla Niemców czy też Holendrów już nie jest to problem.

WELT: Ostatni niemiecki przekład książki Harper’a Lee pominęło słowo na „M”.

WHITEHEAD: No tak, ludzie tak kiedyś mówili. Harper Lee tak mówił. Wie Pan, próbuje być bardzo wiarygodny historycznie pisząc książkę. Wyobraża Pan sobie, aby łowca niewolników Ridgeway mówił w Kolei podziemnej – „Dopadnę tego Afroamerykanina!”

WELT: Kiedy już mówimy o rasizmie to w Harlem Shuffle, uważa swoich lepiej zarabiających i swojego szwagra za zbyt ciemnych, i dlatego nie chce być ich zięciem. O co tutaj chodzi?

WHITEHEAD: To się nazywa kolryzm. Niektórzy Afroamerykanie z jaśniejszą skórą mają uprzedzenia do ludzi z ciemniejszą skórą. Jest to swoisty sposób umiędzynarodowienia nienawiści do samych siebie, która w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zeszłego wieku przybrała właśnie taką formę. Wtedy też powstały tak zwane Paper Bags Clubs – kluby dla dobrze usytuowanych czarnych, do których nie było wstępu, dla ludzi czarniejszych niż papier szary.

WELT: Taki właśnie klub gra całkiem ważną role w drugiej części Harlem Shuffle

WHITEHEAD: Dokładnie. Jest rasizm i jest też klasowanie, i tutaj się one spotykają. W Harlemie są czarni robotnicy, czarni dobrze usytuowani, i czarni gangsterzy. W mojej historii Carney wspina się i spada na drabinie ekonomicznej. Jest typem spomiędzy – jest to wszystko, ale zarazem nic z tego. A my trzymamy za niego kciuki.

WELT: Jednak postacią, która najbardziej nam łamie serce jest ktoś inny, gangster o imieniu Pepper. Jak Pan go odkrył?

WHITEHEAD: Ktoś taki jak Carney potrzebuje kontrastu. Osoby która jest zupełnie inna niż on. Kogoś kto ma kryminalną przeszłość, gangstera z prawdziwego zdarzenia. Kiedy masz mózg, to potrzebujesz jeszcze ręki  - osoby, która wykona Twoją tak zwaną czarną robotę. Robotę, którą sprzedawca mebli nie będzie mógł wykonać. Podczas pracy nad powieścią przekonałem się, że bardziej interesujący jest dla mnie świat kryminalny aniżeli dochodzeniowy, i podczas przygotowań z chęcią czytałem powieści o Richard’zie Starks Parker’ze. Parker jest socjopatycznym mistrzem złodziei. I trochę z jego DNA tkwi w Pepper.

WELT: Jego poczucie humoru nie odbiega bardzo od Pańskiego.

WHITEHEAD: Tak, specyfika mojego poczucia przebija się na pewno.

WELT: Czy to prawda, że piszę Pan kolejną część? Z Pepper’em w roli głównej?

WHITEHEAD: To prawda. Ale jest to tajemnica, na której temat nie chce rozmawiać.

WELT: Czyli nie było Panu przykro, że skończył Pan przygodę z Harlem Shuffle?

WHITEHEAD: Tak jak mi różne pomysły wpadały dotyczące Carney’a, tak też od zawsze przeróżne historie pojawiały się mi w głowie. Widocznie tym razem muszę coś dwa razy zrobić, ponieważ nigdy nie powtarzam się. Nigdy nie napisałem dwóch poważnych książek pod rząd, aż do Kolei podziemnej i zaraz potem Miedziaków. Myślę, że zaczynam przełamywać mój system.

WELT: I właśnie to można nazwać sztuką?

WHITEHEAD: Dla mnie na pewno tak w każdym razie.

 

Autor: 
Wieland Freund tłum. Małgorzata Piotrowska
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama