Lin Manuel-Miranda mówi, że jego debiut reżyserski „Tick Tick... Boom!” jest o „porażce”.

Reklama

pon., 12/13/2021 - 17:29 -- MagdalenaL

Jak sam przyznał, Lin Manuel-Miranda wrócił w tym roku do szkoły. Latynoski aktor, reżyser, scenarzysta, autor tekstów i kompozytor miał w tym roku wiele projektów i zobowiązań do pogodzenia, że jedynym sposobem na przetrwanie było udawanie, że znów uczęszcza na studia.

Wszechstronny twórca „Hamiltona” doczekał się premiery „In the Heights” (Warner Bros) - adaptacji jego pierwszego broadwayowskiego musicalu, którego jest współautorem i producentem wraz z reżyserem Jonem M. Chu; i pełnometrażowego debiutu reżyserskiego w postaci dramatu musicalowego „Tick Tick... Boom!” (Netflix).

Ponadto wniósł również oryginalne piosenki do animowanej fantazji Disneya „Encanto” oraz wystąpił w obsadzie głosowej animowanego filmu Netflixa „Vivo”. Wszystkie jego projekty spotkały się uznaniem krytyków oraz nadchodzącym szumem nagród dla Mirandy, który ubiega się o statuetkę dla najlepszego reżysera i z dwoma możliwościami dla oryginalnej piosenki.

„Z racji tego, że nie jestem zbyt dobrą osobą wielozadaniową, muszę śnić na jawie. Muszę, jakby się wyłączyć. To właśnie stąd pochodzą dobre pomysły, przychodzą, kiedy wyprowadzasz swojego psa lub kiedy jesteś pod prysznicem”, mówi Miranda. „Po prostu zacząłem o nich myśleć, jako o różnych kursach, bo właśnie dlatego się na nie zapisałem”.

Choć Miranda zmienił oblicze teatru muzycznego dzięki „Hamiltonowi” z 2015 roku, w głębi serca, zawsze chciał być reżyserem filmowym.

„Zawsze kochałem filmy”, mówi. „Mój dziadek pozwalał mi pożyczać kamerę VHS, której używali jako monitoringu w banku, w którym pracował. Tak więc mam te domowe filmy, na których zobaczyć można niewyraźne obrazy ludzi stojących w kolejce w banku”.

Zakres materiału, na którym jest w stanie pracować, jest satysfakcjonujący. „Tick Tick... Boom!” był projektem z pasji dla Mirandy i jest to adaptacja filmowa autobiograficznego musicalu autorstwa nieżyjącego już Jonathana Larsona z  legendarnego „Rent”.        

Pomimo że „Rent” stał się sensacją z dnia na dzień, kiedy został otwarty na Broadwayu w 1996, niewielu pamięta, że Larson, który zmarł wskutek tętniaka mózgu w dniu, gdy „Rent” miał rozpocząć pokazy przedpremierowe, spędził dekadę w odosobnieniu, pracując nad musicalem.    

„Jest o porażce”, mówi Miranda. „Nie jest to historia geniusza, który zarobił na  czynsz, pisząc „Rent”. To geniusz, który stworzył „Rent”, spędzając 10 lat na pisaniu spektaklu, którego nikt nie chciał oglądać”, powiedział Miranda o zmarłym Jonathanie Larsonie.

Dzieli się tym, że przyszły rok jest dla niego jasny, jeśli chodzi o projekty fabularne. Weźmie trochę wolnego, by spędzić ten czas z rodziną i pozwolić, by soki twórcze zaczęły znów płynąć. 

Autor: 
Autor: nieokreślony, NBC News; Tłumacz: Kamila Kula
Polub Plportal.pl:

Reklama