Kanye West „Donda”: Wydarzenie większe niż sam album? (recenzja)

Reklama

pt., 09/03/2021 - 13:56 -- MagdalenaL

Źródło: (Jesse Lirola/BFA courtesy of Donda)

Kanye West wrócił i znów bije rekordy. Osoba niezwykle barwna, bo trzeba go przedstawiać jako: producenta, rapera, projektanta mody, działacza politycznego, a od jakiegoś czasu propagatora chrześcijaństwa. To wszystko wiele ludzi określa jednym słowem – wizjoner. Mowa wówczas jest głównie o jego twórczości muzycznej z przełomu I i II dekady XXI wieku. Czy swoją blisko dwugodzinną „Dondą” wydaną na cześć swojej zmarłej mamy znów pokazał swój kunszt w wyprzedzaniu innych na rynku muzycznym?

Chyba każdy się zgodzi, że West po 2016 roku i premierze „Life of the Pablo” zaczął prezentować formę spadkową. Krótkie i nierówne „Ye” z 2018 roku, a potem już nieco lepiej przyjęte „Kids See Ghosts” napisane wspólnie z Kidem Cudim ( który bardzo dużo wniósł do tego projektu ) to przy wcześniejszych dokonaniach twórcy płyt tak już kultowych jak „Graduation” czy „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” małe projekciki, które po prostu pod wieloma aspektami odstają od wcześniejszych dokonań artysty. Potem coraz głośniej zaczęto mówić o tym, że sam West popada w wariactwo poprzez swoje problemy ze zdrowiem psychicznym, do tego doszły dziwne przemówienia w tym myśl, aby zostać prezydentem USA, a na koniec poświęcenie swojego ostatniego albumu „Jesus Is King” Bogu.

Mając coraz gorszą prasę facet z takim ego jak West musiał wymyślić więc coś co znowu go postawi na pierwszym miejscu zarówno list przebojów jak i newsów największych portali internetowych. To się udało, a wywołał to nie muzyką, a sama otoczką wokół albumu. Po pierwsze premiera albumu była przekładana niesłychaną liczbę razy, zresztą pierwotnie nowy materiał od Kanye miał nazywać się „Yandhi”, a wydany miał być już rok temu. Samej premierze albumu towarzyszyły, aż 3 listening party odbywające się na ogromnym stadionie sportowym w Atlancie. Były to ogromne pokazy, dla niektórych przerost formy nad treścią, a dla innych sztuka nowoczesna w najlepszym wydaniu. Co ciekawe tradycyjnego singla w rozumieniu - nowa piosenka plus teledysk - nie uświadczyliśmy podczas promocji tej płyty. Okładki w sumie też nie, gdyż jej okładką jest po prostu czerń. Gdy już sam album został wypuszczony do sieci znów zawrzało, bo Kanye w dzień premiery wrzucił post na swój Instagram gdzie poinformował fanów o tym, że „Donda” została upubliczniona bez zgody samego artysty. Premiera tego albumu to istny rollercoaster, ale skoro już się pojawił to co możemy powiedzieć o samej jego zawartości?

Jest to zdecydowanie najlepszy materiał Westa od dawna, choć sporo na nim dziwnych decyzji. Muzycznie płyta jest mozaiką wcześniejszych stylów artysty, które razem nabrały nowej jakości. Jest dużo naleciałości i „brudu” znanego z „Yeezusa” ( God Breathed ) są też nieco bardziej trapowe kawałki ( Off the Grid czy Praise God ze świetną zwrotką Travisa Scotta ) przypominające kawałki z „TLOP”, a wszystko obudowane w organy i chórki kojarzące się z „Jesus is King” jednak tym razem często współgrają z typowo hip-hopowym basem, co buduję ciekawą atmosferę kościelnej mszy, w której gdzieś z oddali słychać odbywający się hip-hopowy koncert. Pomimo tego, że jest różnorodnie to problemem staje się sama długość płyty, blisko dwie godziny muzyki przy kiepsko skomponowanej trackliście, mówiąc krótko - może zmęczyć.

Wydaję się, że kawałki zostały wrzucone na płytę w losowej kolejności, dla przykładu piosenki z największym potencjałem na listy przebojów wrzucono obok siebie ( Off the Grid, Hurricane, Praise God) nieco później, trochę znikąd pojawia się różniące od reszty taneczne „Believe What I Say”, a tuż za nim „24”, które jest wręcz kościelną pieśnią dla Boga, aby wysłuchał próśb Westa i wszystko naprawił. Być może taki był zamysł, aby szybko przechodzić pomiędzy piosenkami z „piekła do nieba”, bo też taki był pomysł na listening party płyty, to już jednak na niej samej ten zabieg się nie sprawdza. Dużo lepiej poszczególne utwory słucha się osobno niż próbując wyjąć z nich głębszą narrację słuchając ciągiem. Ponadto koniec płyty składa się z 4 utworów, które już się na niej pojawiły, lecz tym razem z innymi gośćmi, niestety nie chce się już zbytnio przez nie przebrnąć po ponad godzinie słuchania „Dondy”.

Pomimo takiej długości materiału, samego Ye nie ma tu aż tak dużo przez ogromną liczbę zwrotek gościnnych, w większości przypadków oprócz Young Thuga, który jak zwykle rapuje o jakimś drogim zegarku, każdy wniósł coś ważnego, a często to nawet sami goście pociągnęli utwory jak choćby „Hurricane”, które The Weekend i Da Baby wynieśli na poziom hitu pokoju „All Of The Lights”. Ciekawe jest również, że przy wielu bitach słychać brak perkusji, co czasem sprawia wrażenie jakby były nie do końca dopracowane, zwłaszcza takie odczucia towarzyszyły mi przy numerze „Jail” z Jay-Z, które zdecydowanie mocniej mogło otworzyć płytę, gdyby znalazły się tam porządne bębny.

Podsumowując Kanye znów nieco zadziwił środowisko, wszakże tym razem nie muzyką, a samą otoczką wokół niej. Nie był to jednak krzyk rozpaczy bo „Donda” się broni, nie jest to jednak łatwy album, a nawet można powiedzieć, że słucha się go dość ciężko, lecz czym dłużej się z nim zapoznajemy to słyszymy, iż Kanye West wciąż ma smykałkę do niezwykłej melodyczności i tworzenia wielkich hitów, niemniej jednak umiejętność ta u niego aktualnie jest mocno rozregulowana i czasem trzeba się mocno wsłuchać, aby móc ją poczuć.

Ocena: 8/10

Autor: 
Mateusz Ryba
Źródło: 

Własne

Zagłosowałeś na opcję 'w górę'.
Polub Plportal.pl:

Reklama