Mafijne porachunki z lat 90. korzeniami sięgały czasów PRL [FRAGMENT KSIĄŻKI]

W latach 80., kiedy w Polsce obowiązywały różne standardy dla obywateli „pierwszej” i „drugiej” kategorii, przestępczość zorganizowana znalazła dla siebie różne inspiracje do działania, a związki świata przestępczego z funkcjonariuszami milicji, SB czy wojskowych służb specjalnych „zaowocowały” narodzinami mafii. Klasycznym przykładem łączników pomiędzy bandytami a ludźmi z otoczenia ówczesnej władzy zostali: Nikodem Skotarczak, pseudonim „Nikoś”, Ireneusz P. „Barabasz”, Zbigniew Kujawski „Ali” czy Andrzej Kolikowski „Pershing”, który na początku lat 90. stał się niekwestionowanym szefem mafii pruszkowskiej. Całą czwórkę, poza wieloma różnicami, łączy fakt, że w latach 80. współpracowali z wojskowymi służbami specjalnymi bądź milicją. Dziś jednak możliwa jest jedynie wstępna diagnoza tego groźnego zjawiska, ponieważ, mimo podejrzeń, brakuje twardych dowodów na powiązania niektórych polityków ze światem przestępczym.

Wprawdzie Nikodem Skotarczak („Nikoś”) nie został tak wpływowym mafiosem jak „Barabasz” czy „Pershing”, którzy kierowali grupą pruszkowską, to jego działalność w Gdańsku, gdzie od połowy lat 70. trudnił się cinkciarstwem, a następnie założył pierwszą w Polsce grupę przestępczą zajmującą się sprzedażą kradzionych na Zachodzie samochodów, zainspirowała nawet filmowców. W 1996 roku powstał o nim film dokumentalny Kraina złudzeń w reżyserii Wojciecha Szumowskiego, w którym Marek Dyjak zaśpiewał Rap o Nikosiu. A w zrealizowanym rok później debiucie reżyserskim Olafa Lubaszenki Sztos Skotarczak zagrał epizod, witając się z filmowym Erykiem (Janem Nowickim). Urodzony w 1954 roku w Gdańsku, z zawodu ogrodnik, pracował jako wykidajło w knajpach i nocnych klubach Gdańska i Gdyni (w tym jako bramkarz w popularnym nocnym klubie „Maxim” w Gdyni) oraz ochroniarz znanego tutejszego pasera zwanego „Mecenasem”. Na początku lat 80., kiedy wielu Polakom wydawało się, że dzięki uczciwej pracy można wiele osiągnąć, „Nikoś” takich złudzeń nie miał. Stworzył wówczas potężny gang samochodowy - dostarczał klientom na zamówienie kradzione samochody z Niemiec, Austrii i innych krajów zachodnich. „Nikoś”, znany i ceniony jako biznesmen z Wybrzeża, został uhonorowany nawet przez ówczesnego prezydenta miasta Kazimierza Rynkowskiego tytułem „Zasłużony dla Gdańska”; wcześniej został sponsorem Lechii Gdańsk, która w sezonie 1982/1983 zdobyła piłkarski Puchar Polski.

W tym okresie często podróżował „w interesach”, aby w połowie lat 80. wyemigrować do RFN, skąd skutecznie kierował przemytem kradzionych samochodów. Na stałe zamieszkał z pierwszą żoną w Hamburgu, gdzie prowadził sklep z elektroniką i został współwłaścicielem firmy „Skotex”. W tym wielkim mieście portowym wspomagała go w pracach gangu siostra, Teresa S., która jednak szybko została zatrzymana i - nie wytrzymując psychicznie presji - w więzieniu popełniła samobójstwo, mając zaledwie 33 lata. Podczas gdy w kraju „Nikoś” uciekał wiele razy przed aresztowaniem, ostrzegany przez anonimowe dobrze poinformowane osoby, w 1989 roku wpadł w Niemczech, zatrzymany przez policję podczas jazdy skradzionym samochodem. A jednak, po czterech miesiącach odsiadki, udało mu się zbiec z dobrze strzeżonego więzienia Berlin-Tegel. Wyszedł przez nikogo nieniepokojony podczas widzenia z bratem, z którym… zamienił się ubraniami. W Niemczech był już jednak spalony i zapewne dlatego zdecydował się przekroczyć nielegalnie granicę i powrócić do kraju.

Był początek lat 90., w Polsce rodził się kapitalizm i „Nikoś” czuł się na krajowym podwórku jak ryba w wodzie. Zatrzymał się tym razem w Krakowie, gdzie w 1992 roku wymknął się starym zwyczajem podczas milicyjnej obławy, a w lipcu tego roku uciekł z policyjnego konwoju w Warszawie; krążyły wiarygodne zresztą pogłoski, że wykupił się konwojentom za niemałe pieniądze. Aresztowany w lutym 1993 na warszawskim Żoliborzu (w czasie gdy się ukrywał, rozesłano za nim listy gończe), został skazany na dwa lata więzienia za posługiwanie się fałszywymi dokumentami i wspomnianą ucieczkę z konwoju. Wyrok był stosunkowo łagodny, ponieważ nie przyznał się do handlu kradzionymi samochodami. Już w lutym następnego roku mógł cieszyć się nieograniczoną swobodą, zwolniony z zakładu karnego oficjalnie za dobre sprawowanie, a w rzeczywistości, jak twierdzą znawcy tematu, za łapówki wręczane strażnikom. Po wyjściu z więzienia zaczął prowadzić legalną działalność gospodarczą, wykorzystując przy okazji powiązania z półświatkiem do odzyskiwania (ponoć „charytatywnie”) samochodów skradzionych politykom czy biznesmenom.

„Nikosia” zgubiła, jak głosi legenda powstała po jego śmierci, przejściowa współpraca z gangiem wołomińskim zajmującym się kradzieżą samochodów na Pomorzu. Bossowie z Pruszkowa nie mogli mu tego darować (tak przynajmniej twierdził świadek koronny Jarosław Sokołowski „Masa”), dlatego 23 kwietnia 1998 roku został zastrzelony przez dwóch zamaskowanych mężczyzn w nocnym gdyńskim klubie „Las Vegas”. Świętował wówczas imieniny przyjaciela Wojciecha K., ps. „Kura”.

Podczas egzekucji - oddano sześć strzałów z bliskiej odległości - obecne były żony „Nikosia” i „Kury” (solenizant opuścił wcześniej imprezę), które wyszły ze strzelaniny bez szwanku. Pozostała po nim legenda, w tym wspomnienia jednego z dziennikarzy, który naraził się „Nikosiowi” za krytykę. Dostał wtedy ostrzeżenie, że jeśli nadal będzie pisał podobne teksty, wysadzi jego redakcję w powietrze. Obok wspomnianych filmów, w Niemczech powstała o nim książka, w której został przedstawiony jako ojciec chrzestny gdańskiej mafii. W ostatnich latach pojawiły się sugestie, że zleceniodawcą zabójstwa Skotarczaka mógł być gdański gangster Daniel Zacharzewski „Zachar” (został zastrzelony w 2009 roku w Gdańsku-Oliwie) bądź też sądzony za to przestępstwo Krzysztof Jędrzejczak z łódzkiej „ośmiornicy”. Postępowanie jednak umorzono z powodu „rażących uchybień”.

Przykładem bandyty i włamywacza, który - jako patron mafii pruszkowskiej - został łącznikiem pomiędzy bandytyzmem doby PRL-u a zorganizowaną przestępczością po transformacji ustrojowej w Polsce, jest Ireneusz P. „Barabasz”. Już około połowy lat 70. został niekwestionowanym szefem pruszkowskich złodziei oraz włamywaczy i zapewne także dlatego media uznały go za przywódcę tamtejszych przestępców. Właśnie z tego okresu „działalności” znany był dobrze milicji jako włamywacz i pozbawiony skrupułów bandyta. Temida okazywała się wobec niego z reguły ślepa, ponieważ tajemnicą poliszynela pozostawał fakt, że pomagały mu w tym wzorcowe wręcz dla tamtych czasów znajomości z ludźmi mającymi stać na straży bezpieczeństwa obywateli. A przy okazji - jako człowiek „oddany władzy” czerpał z tego procederu nadzwyczajne profity.

Jak pisze Leszek Szymowski w artykule Mafia ściśle tajna, powołując się na wypowiedź Andrzeja W., emerytowanego funkcjonariusza z Pruszkowa, „Barabasz” miał świetne układy z tamtejszymi milicjantami oraz esbekami i dlatego unikał zawsze wpadek i nalotów. „Nasz rozmówca twierdzi, że część przestępców opłacała się milicji i SB w zamian za informacje o zbliżających się działaniach. Funkcjonariusze zamykali więc cinkciarzy, handlarzy walutą i drobnych złodziei, z którymi nie mieli nic wspólnego. W ten sposób eliminowali konkurencję »swoich« przestępców. W czasach PRL-u wszędzie funkcjonowali równi i równiejsi i tak samo było w półświatku”. Dysponujący dużym zapleczem finansowym, wynajmujący „żołnierzy” przestępcy opłacali sowicie milicjantów i esbeków, którzy udawali, że walczą z przestępczością zorganizowaną. Ten układ był korzystny dla obu stron i - chociaż płotki w rodzaju „obcych” cinkciarzy czy kieszonkowców pełniły rolę kozłów ofiarnych - karawana szła dalej. Bossowie grup przestępczych pozostawali bezkarni, robiąc wielkie interesy, a funkcjonariusze, nie dość że finansowani przez mafię, otrzymywali z rąk przełożonych awanse i nagrody za wzorowe pełnienie służby publicznej.

Mafia pruszkowska, która w szczytowym okresie bandyckiej prosperity liczyła około 2000 osób (miasto miało wówczas 50 000 mieszkańców), działając nie tylko na Mazowszu, lecz także w zachodniej i północnej części kraju, nie była wcale odosobniona. Zyskała silną konkurencję chociażby w mafii wołomińskiej czy otwockiej. Interesująca jest natomiast diagnoza ekonomiczna zjawiska - skąd „Barabasz” i inni bossowie czerpali tak duże dochody, że stać ich było na opłacanie funkcjonariuszy milicji, polityków, a z czasem na inwestowanie w kluby, hotele, motele i zajazdy, dyskoteki, firmy budowlane, restauracje, kancelarie adwokackie itp. Otóż niejako naprzeciw oczekiwaniom przestępców wyszły przepisy zmienione jeszcze przed transformacją ustrojową. Władze, zezwalając na swobodną działalność gospodarczą, nie dokonały niezbędnych zmian w organach ścigania. Nie dość, że nie utworzono grup zwalczających zorganizowaną przestępczość, także gospodarczą, to jeszcze milicja, a następnie policja nie zostały wyposażone w nowoczesny sprzęt techniczny, w tym szybkie samochody, najnowsze środki łączności czy komputery. Niektórzy publicyści, w tym zwłaszcza dziennikarze śledczy, pisali wówczas o korupcji w organach ścigania i ta wstępna diagnoza zjawiska była trafna. Jeśli w sprawie ścigania przestępczości zorganizowanej można w ogóle mówić o przełomie, to nastąpił on dopiero po wprowadzeniu instytucji świadka koronnego.

W późniejszym okresie mówiono otwarcie o ustawach za łapówki (tym m.in. zajmowała się komisja śledcza działająca w okresie rządów Leszka Millera), ale tymczasem - 30 grudnia 1988 roku - weszły w życie przepisy umożliwiające wwożenie do kraju nieopodatkowanego spirytusu, czyli „wlewanie” się alkoholu, jak mówiono w branży biznesmenów oraz mafiosów. Jedni i drudzy rzucili się ochoczo od 1 stycznia 1989 roku na ten złotodajny interes, nazwany później aferą „Schnapsgate”. Państwo na tym traciło, podczas gdy nielegalne fortuny rosły z każdym dniem.

W tym okresie gangsterzy z Pruszkowa działali już pełną parą. Funkcjonowały tam bowiem liczne, zwykle kilkunasto­osobowe grupy przestępcze, takie jak gang kierowany przez Wojciecha Kiełbasińskiego „Kiełbasę”, który u schyłku lat 80. wyspecjalizował się w bandyckich napadach na tiry z przemycanym towarem, zwłaszcza alkoholem, papierosami i sprzętem elektronicznym. Z późniejszych zeznań świadka koronnego „Masy” wynika, że największe zyski gangsterzy czerpali z kra­dzieży, a następnie sprzedaży alkoholu i papierosów. Towar pozyskiwali ze wspomnianych napadów na tiry, a także z „transakcji” dokonywanych z handlarzami. Proceder polegał na tym, że któryś z członków grupy nawiązywał kontakt z pośrednikiem zajmującym się sprzedażą tych towarów pod pretekstem chęci zakupu większej partii. Spotykali się wcześniej w restauracji lub hotelu i pokazywali - na dowód wiarygodności - teczkę wypełnioną gotówką. Gdy pośrednik nabrał pewności, że są wypłacalni, umawiał ich w magazynie. A tam już czekała ciężarówka załadowana towarem. Następnie gangsterzy przejmowali auto z cennym ładunkiem i pospiesznie odjeżdżali. Czasami, żeby zyskać na czasie, wręczali kontrahentowi kanapkę, czyli paczkę „z pieniędzmi”. W rzeczywistości prawdziwe banknoty osłaniały z zewnątrz plik umieszczonego w środku pociętego papieru. Samochód z towarem ukrywali w „dziupli”, a alkohol i papierosy sprzedawali na bazarach Mazowsza.

„Barabasz” osobiście nie zajmował się tym procederem, ponieważ - używając języka handlowego - był hurtownikiem, pobierał od każdej z kilkunastu pruszkowskich grup haracze. Mundurowi promotorzy dobrze o tym wszystkim wiedzieli, przymykali dyskretnie oko i wzmacniali w ten sposób pozycję bossa miejscowej mafii. Ta intratna dla obu stron współpraca trwałaby zapewne przez kolejne lata, gdyby nie przedwczesna śmierć Ireneusza P. (rodzina zastrzegła, by nie podawać jego nazwiska). 4 marca 1991 roku „Barabasz” zginął, jadąc z nadmierną prędkością, w wypadku samochodowym w okolicy Warszawy. Według innych wersji wypadek miał miejsce pod Nadarzynem, a nie jak często podawano pod Komorowem, „Barabasz” jechał BMW, a nie ładą, i nie uderzył w drzewo, lecz wpadł w poślizg na prostej drodze. W każdym razie w półświatku szeptano, że na tamten świat przedwcześnie wyprawiła go konkurencja. Fakt ten pozostanie pewnie tajemnicą, a ponadto, z braku dowodów na udział osób trzecich, prokuratura uznała ten wypadek za zdarzenie losowe i sprawę umorzyła.

Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki „Zagadki kryminalne PRL”, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2017

PL PORTAL PL

Z.B.

video: 
Więcej zdjęć: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz: