Budowaliśmy … i …

Reklama

sob., 11/05/2016 - 18:05 -- koscielniakk

Kiedy po długich namowach i przezwyciężeniu trudności zwanych – w brzmiącej nostalgicznie nowomowie epoki minionej – obiektywnymi, Małgorzata Bratek potwierdziła swój występ, zorganizowany 27 października 2016 roku przez Andrzeja Wilowskiego i Krzysztofa Wodniczaka w Klubie Artystycznym AB OVO przy ulicy Jackowskiego w Poznaniu, miłośnik pieśni i piosenki słabo zorientowany w osobowości artystki mógł się spodziewać jakiegoś rocznicowo sentymentalnego remanentu. Tym bardziej, że pierwszy od wielu lat koncert eks-poznanianki Małgorzaty Bratek w jej rodzinnym mieście sąsiadował w czasie z obchodami czterdziestolecia powstania KOR-u i odsłonięcia murala-konterfektu Stanisława Barańczaka na budynku Collegium Novum UAM. W tych uroczystościach pieśniarka udziału nie brała, choć z upamiętnionymi na nich wydarzeniami i osobami łączy ją bardzo wiele, jako sygnatariuszkę Studenckiego Komitetu Solidarnościowego (w istocie młodzieżówki KOR-u) i pierwszą oraz najwybitniejszą wykonawczynię wierszy Stanisława Barańczaka, ówcześnie obłożonych ścisłym zakazem cenzury, do których skomponowała melodie stanowiące muzyczny ekwiwalent tej przejmującej liryki. A właśnie przede wszystkim tamte utwory miały stanowić – i stanowiły – wokalną część wieczoru.

 

Przed przyjazdem z popegeerowskiej wsi – dokąd przed kilku laty wraz z jej rodziną zesłały Małgorzatę Bratek cywilizacyjne wykwity kapitalizmu ściągniętego z podręczników dla marksistów (z czynszem nieregulowanym na czele) – artystka na FaceBooku uprzedziła potencjalnych słuchaczy, że śpiewa tak, jak teraz nikt już tego nie robi, w związku z czym przed koncertem trzeba się dobrze wyspać. Co do pierwszego zgoda, co do drugiego – nie było niezbędne. Piękny i silny, nie stroniący – gdy uzasadniona – od ornamentyki głos Małgorzaty Bratek, który jeśli przez czterdziestolecie śpiewania zmienił się, to tylko nabierając mocy, mógł jedynie dodawać energii, w żadnym razie usypiać, choćby i lirycznie. Gitara do tego, na której pieśniarka gra klasycznie, traktując nie tylko jako tło dla wokalu, ale chwilami jako uczestniczkę duetu, orkiestruje całość i czyni z wykonań mini spektakle dźwiękowe o wspaniałej dynamice i dramaturgii.

 

Ale dramaturgia stała się tego wieczoru udziałem także większej całości – koncertu. Bo żadną miarą nie był on sentymentalnym remanentem, choć Małgorzata Bratek wykonywała wyłącznie utwory sprzed lat trzydziestu. Dzięki słowu wiążącemu – a kto chce się przekonać o talencie literackim tej byłej dziennikarki, niech choćby poczyta jej wpisy na FaceBooku, będące nierzadko tekstami publicystycznymi lub beletrystycznymi – artystka za pomocą kilkunastu piosenek opowiedziała nam historię własną oraz Polski gierkowskiej, jaruzelskiej i stransformowanej po 1989. Zupełnie zgadzam się z Andrzejem Wilowskim, który nazajutrz po tamtym szczególnym wieczorze powiedział, że dzięki przekroczeniu, a właściwie porzuceniu przez wykonawczynię formuły recitalu, powstał materiał na monodram. Jak najbardziej. Od siebie dodam, że byłby to monodram o kobiecie, która nie tylko bardzo świadomie, ale często w awangardzie i bolesnym kontakcie uczestniczyła i uczestniczy w najważniejszych dla najnowszych dziejów Polski wydarzeniach i procesach. O przedstawicielce pokolenia biograficznie rozpłatanego, dzielącego życie między dwa systemy społeczno-polityczne, które pomimo intensywnych zabiegów reklamujących różnice między nimi, coraz wyraźniej zaczynają ujawniać podobieństwa – ze szczególnym uwzględnieniem pogardy dla, przepraszam za wielkie słowo, człowieka. Postawionego sam na sam z wielką strukturą usiłującą go zużyć dla obcych mu celów i abstrakcyjnych założeń.

Tutaj przypominam sobie, że krytyka w czasach największej popularności Małgorzaty Bratek okrzyknęła ją polską Joan Baez. Bardzo nie lubię tego rodzaju papuzich komplementów sugerujących, że najwyższym osiągnięciem dla rodzimych talentów jest zdolność imitowania i w ogóle – ex occidentis lux. Ale jeśli potraktować ten niegdysiejszy dziennikarski wytrych nie wartościująco, ale opisowo, możemy za jego pomocą fenomen Małgorzaty Bratek objaśnić. Polega on identycznie jak w przypadku Joan Baez na poddaniu estetyki etyce, innymi słowy zaangażowaniu jej w sprawy zbiorowe. Doskonałe wykonanie, uroda przekazu nie służą samym sobie. Towarzyszą, kiedy tylko mogą, wydarzeniom uznanym za od nich ważniejsze. Stąd głosy i gitary obu pieśniarek dawały się słyszeć wszędzie tam, gdzie była nadzieja na zmiany. Że płonna – inna sprawa: Woodstock, akcje w obronie praw związkowych, manifestacje antywojenne, śpiewanie w mieszkaniu zwolnionego z internowania Wałęsy (Baez), uczestnictwo w Festiwalu Piosenki Prawdziwej (powstałej poza cenzurą) w 1981 r., nielegalne koncerty stanu wojennego, wsparcie swoją sztuką kampanii wyborczej na rzecz kandydatów „Solidarności” w 1989 r. (Bratek). Jak też potrzeba oraz umiejętność moralnopolitycznego komentowania świata, która koncert przechyla w stronę nie wiecu, ale imprezy zajmującej ludzi w całości, a nie tylko w okolicach nóg i gardeł. A przy tym arystokratyczna powściągliwość, pozwalająca mimo zaangażowania przejawiającego się przecież w słowie, śpiewać tylko cudze teksty, bez pokusy przekraczania narzuconych sobie granic kompetencji jedynie wykonawczych i kompozytorskich, ale już w żadnym razie poetyckich. Wzór dla wielu nowomodnych samosi na estradzie niedościgniony.

 

Co prawda znakomita większość zaśpiewanych 27 października w „AB OVO” pieśni miała teksty Barańczaka, jednak koncert rozpoczął utwór Stanisława Klawe „Kiedym stanął”, którego wykonanie przyniosło Małgorzacie Bratek nagrodę wspomnianego już Festiwalu Piosenki Prawdziwej, gdzie artystka zajęła miejsce na podium obok Jacka Kaczmarskiego. Piosenka posiada anegdotę, więc można ją opowiedzieć, czego zazwyczaj nie robi się z utworami poetyckimi: Przybyła z - domyślamy się – peerelowskiego padołu duszyczka wspomina swoją rozmowę kwalifikacyjną z Bogiem. Na Jego pytanie o swe ziemskie zajęcia odpowiada, że budowała socjalizm. Bóg jest zafascynowany, wypytuje o szczegóły chcąc się dowiedzieć jak najwięcej o życiu w powstałym w ten sposób świecie, który wyobraża sobie jako wzorcowy nawet dla własnych niebiańskich porządków. W odpowiedzi słyszy to, co stanowi pointę piosenki: „Budowaliśmy socjalizm i / na nic więcej nie było już czasu”.

 

Kiedy po półtoragodzinnym koncercie w wielkim pośpiechu Małgorzata Bratek kończyła kuluarowe rozmowy z publicznością – osobami znanymi jej od lat, ale też od lat nie widzianymi – i szybko zniknęła w samochodzie mającym ją zawieźć na pociąg, zmierzający do odległej popegeerowskiej wsi, gdzie czekał jej obłożnie chory mąż, w uszach miałem właśnie zakończenie tej, a nie innej piosenki. Oczywiście w mojej „usznej” wersji miejsce słowa „socjalizm” zastąpiło inne słowo. Zgadnijcie jakie.

Eugeniusz Biały

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz:

Reklama