Rocco Siffredi, jeden z najsłynniejszch aktorów filmów XXX

Jeżeli ktoś jest w branży porno przez 30 lat, wie, że pierwszych 20 to prawdziwy raj: seks, kobiety, eksperymentowanie. Rocco Siffredi, jeden z najsłynniejszch aktorów filmów XXX, uważa, że ten biznes dał mu bardzo dużo, ale przychodzi moment, w którym trzeba za to zapłacić.

Kuba Armata: - Na tegorocznym festiwalu filmowym w Wenecji premierę miał dokument "Rocco", którego jesteś głównym bohaterem. W jednej z pierwszych scen mówisz, że postrzegasz swoją seksualność jako przekleństwo, a pornografia to krzyż, który nosisz na plecach.

Rocco Siffredi: - Kiedy żądze przejmują kontrolę nad ciałem, staje się to przekleństwem. Zupełnie inaczej jest, gdy możesz nad tym zapanować, bo wtedy czerpiesz z tego przyjemność. Decydujesz o tym, co robić, gdzie i przede wszystkim z kim. W innym wypadku jest jak z każdym nałogiem. Tak postrzegam seks. Gdy to cię dopada, jest silniejsze niż wszystko inne. Pamiętam sytuacje, kiedy byłem z synem, bawiliśmy się, miło, beztrosko spędzaliśmy czas. Nagle wstawałem i potrafiłem mu powiedzieć, że muszę wyjść i wrócę za jakiś czas. Mniejsza o to, co wtedy robiłem, ale najważniejsze było, że nałóg odciągał mnie od czegoś bardzo ważnego. Gdy wracałem, syn na mnie patrzył, a z jego oczu dawało się wyczytać, że wybacza mi to, iż go zostawiłem. Dlatego nazywam to moim przekleństwem.

Tak było od samego początku?

- Kiedy zaczynałem karierę w branży porno, było to spełnieniem marzeń. Stałem się bardziej liberalny. Nie chciałem być typowym rozmodlonym Włochem, który nie rozmawia o seksie, bo czuje się zawstydzony. Niestety, często tak to wygląda. Pamiętam, że moja matka zaprowadziła mnie wtedy do lekarza. Straszył mnie i opowiadał, że pewnie umrę na jakąś chorobę, nigdy nie będę miał rodziny i tak dalej. Obróciłem się na pięcie, powiedziałem mu, co o nim myślę, i trzasnąłem drzwiami. W tamtym momencie zdecydowałem się na obranie pewnego kierunku. Nawet dzisiaj tego nie żałuję. Choć czuję, że od momentu, kiedy zdecydowałem się na powrót do Włoch, ciągnie się to za mną.

Dlaczego zatem się na to zdecydowałeś?

- Decyzję podjąłem z uwagi na dorastających synów. Z upływem czasu, gdy robili się coraz starsi, ja czułem się coraz bardziej zawstydzony. Postanowiłem, że skończę z graniem w filmach porno, zanim będą zdawali sobie sprawę z tego, co robił ich tata. Przez 20 lat byłem na planie nawet dwa, trzy razy dziennie, 25 dni każdego miesiąca. Przyszedł czas, kiedy chciałem z tym skończyć. Powiedziałem żonie, a ona mnie zapytała o powody tej decyzji. Chciałem to zrobić ze względu na nią, chłopców, czułem, że wystarczająco długo na mnie czekali. Była też druga część mnie, która zawsze miała wątpliwości. Zastanawiałem się, czy żona rzeczywiście mnie rozumie, czy robi to z miłości.

I jak uważasz?

- Myślę, że akceptuje to wszystko z miłości. Zawsze powtarza, że się do tego przyzwyczaiła, że wie, co robię, i że to tylko praca. Ale nie jestem przekonany, czy tak do końca jest, i ta świadomość od dłuższego czasu niszczyła mnie od wewnątrz. Przez 20 lat wracałem z planu, gdzie zawsze było pięć czy sześć dziewczyn, do domu, a tam ona siedziała sama z dwójką dzieci. Zawsze patrzyłem jej w oczy, chcąc upewnić się, czy wciąż mnie kocha. Powtarzanie tego rytuału rozbijało mnie. Niestety, seks był moim największym uzależnieniem.

Myślałeś w związku z tym o terapii?

- Kilka razy. Ale czy wyobrażasz sobie mnie u seksuologa? (śmiech) Mógłby mi co najwyżej powiedzieć, żebym skończył z przemysłem porno. Tak przynajmniej przez długi czas do tego podchodziłem. Nie chciałem rozmawiać z ludźmi, i nie chodzi tu tylko o lekarzy. Dzisiaj mam świadomość, że dobry psychoterapeuta mógłby mi pomóc. Paraliżowała mnie jednak myśl, o której wspomniałem, że ktoś mógłby mi zasugerować, żebym skończył. Od kiedy pamiętam, czułem, że sam potrafię się o siebie zatroszczyć. Zawsze byłem wojownikiem. Gdy wszedłem do branży porno, musiałem stawić czoła wielu przeszkodom. W Europie przemysł filmów XXX zdominowany był przez jeden kraj, Francję i tamtejszych aktorów. Byłem jedynym Włochem. Nikt nie ułatwiał mi życia, robiono wszystko, żeby mnie zniechęcić.

Podobnie zresztą było w Ameryce. Kiedy tam przyjechałem, nie mogłem liczyć na żadną pomoc, musiałem radzić sobie sam. Zatem pójście do psychoanalityka byłoby dla mnie oznaką słabości.

Pochodzisz ponoć z bardzo religijnej rodziny.

- I konserwatywnej. Kiedy powiedziałem mamie, że zaczynam karierę w branży porno, chyba nawet nie wiedziała, co to znaczy. Jakiś czas później zobaczyłem na szafce koło jej łóżka magazyn ze mną na okładce. Zapytała mnie wtedy, czy naprawdę to robię. Trochę pożartowaliśmy i był to zabawny sposób, żeby porozmawiać o seksie. Mój ojciec też nie podejmował ze mną tego tematu, aż do czasu kiedy zostałem gwiazdą porno. Dopiero wtedy się otworzył i wydaje mi się, że ważniejsze było to dla niego niż dla mnie. Wszystko postawione było na głowie, dokładnie odwrotnie, niż być powinno. To ja ośmielałem rodziców, a nie oni mnie, bo u nas w domu o seksie się nie rozmawiało.

Na wenecką premierę dokumentu przyprowadziłeś rodzinę, w tym dwóch nastoletnich już synów. Nie sądzisz, że mogło to być dla nich trudne doświadczenie?

- Z pewnością, w równej mierze trudne, co nieoczekiwanie. Plan był inny, ale jeden z synów i jego dziewczyna zdecydowali, że chcą zobaczyć film. Kiedy nam to oznajmił, popatrzyliśmy tylko na siebie z żoną i uznaliśmy, że może właśnie sytuacja dojrzała do tego, żeby zrobić ten krok. Dziewczyna Lorenza powiedziała mi po projekcji, że dla niej ten film był bardzo szczery. Co syn skomentował, że był kilka razy ze mną na planie i nie widział mnie tak zaangażowanego jak tutaj, więc pewnie się popisywałem przed kamerą (śmiech). Wydaje mi się, że to taka reakcja obronna. Leonardo, młodszy syn, na razie nie chciał ze mną na ten temat porozmawiać.

Na czym najbardziej ci zależało, kiedy decydowałeś się, żeby nakręcić "Rocco"?

- Chciałem, żeby dokument był szczery. Bałem się jednocześnie, że wielu ludzi może być uprzedzonych. To zresztą dotyczy wielu dokumentów o pornografii. Oczywiście w każdym stereotypie jest odrobina prawdy i są w tej branży ludzie, którzy po takim ekstremalnym doświadczeniu nie potrafią się do końca życia pozbierać. Ale jeżeli ktoś jest w tym biznesie przez 30 lat, to zazwyczaj wie, że pierwszych 20 to prawdziwy raj. Dla mnie oznacza on dobre życie, robienie tego, na co mam ochotę, seks, kobiety, eksperymentowanie. Ten biznes dał mi wiele, ale przychodzi taki moment, w którym trzeba za to zapłacić.

Myślisz że twoje podejście byłoby inne, gdybyś zamiast dwóch synów miał dwie córki?

- Nie, nie jestem takim typem człowieka. Być może dla nich byłbym inny, i tyle. Rola ojca w edukacji seksualnej moich synów w ogóle była dla mnie trudna. Z pozycji gwiazdy porno trudno było mi szczerze z nimi porozmawiać. Tę rolę przejęła żona. Chłopcy często widzieli mnie otoczonego innymi kobietami. Pamiętam, że kiedy Leonardo miał trzy lata i spacerowaliśmy, zobaczył pewien billboard. "O, tato, te panie pracują dla ciebie" -powiedział, wskazując na niego. Musiałem mu wytłumaczyć, że tak nie jest, bo był przekonany, że każda kobieta na świecie ze mną pracuje (śmiech).

Zastanawiałeś się, co byś poczuł, gdyby któryś z synów postanowił podążyć twoimi śladami?

- Gdybym widział w nim tę pasję, jaką ja miałem, na pewno bym go wspierał. Powiedzmy sobie szczerze, że miałby całkiem niezłego doradcę (śmiech). Jeżeli nie, zrobiłbym wszystko, by zrozumiał, że seks traktowany tylko jako narzędzie do zdobywania pieniędzy pozbawić go może ważnej części siebie. Niełatwo sobie to wszystko poukładać i pogodzić seks przed kamerą z powrotem do domu i kochaniem się z żoną. To wymaga dobrego, wyrozumiałego partnera. Początkowo z żoną mieliśmy problem, bo chyba za dużo chciałem przenieść z planu do naszej sypialni. Kochaliśmy się na wszelkie możliwe sposoby i we wszelkich możliwych pozycjach, aż kiedyś Rosa wreszcie mi powiedziała, że tego i tego nie lubi. Byłem przekonany, że to wszystko, co robię na planie, i dla niej może być atrakcyjne. Od tamtego momentu mamy świetną relację na tym polu.

Branża porno to też szereg tematów, które często zamiata się pod dywan. Chociażby AIDS.

- To ryzyko związane z tym zawodem. Jeżeli jesteś strażakiem, zdajesz sobie sprawę, że możesz zginąć w pożarze. Mamy świadomość, że możemy się zarazić wirusem HIV, ale podejmujemy wszelkie możliwe środki ostrożności, by tak się nie stało. Kilka razy spojrzałem śmierci w twarz. Jeden z moich kolegów popełnił samobójstwo w toalecie podczas zdjęć, inny strzelił sobie w głowę przed wszystkimi.

Z czego to wynika?

- Często ma to związek nie tylko z depresją, ale i narkotykami. Bo nie ma co ukrywać - to środowisko tonie w narkotykach. Sam nigdy z nich nie korzystałem, nie piję też alkoholu. Moim jedynym problemem, zresztą wystarczająco dużym, jest seks. Narkotyki są też efektem presji ze strony otoczenia, które nas nie akceptuje. Początkowo młodym aktorom przesłaniają to pieniądze i łatwe życie, ale szybko dochodzi do nich, że w pewien sposób są napiętnowani, ich profesja nie jest powodem do dumy. Bycie dumnym z tego, co się robi, też przecież jest bardzo istotne. Mamy na przykład swoje Oscary, przyznawane w Las Vegas. Tylko u nas zamiast nagrody dla najlepszego aktora jest nagroda za najlepszą scenę seksu oralnego. I każdy dąży do tego, żeby wygrać. Jesteśmy częścią przemysłu, bo takich filmów produkuje się każdego roku dziesiątki tysięcy.

Dlatego postanowiłeś spróbować swoich sił w tradycyjnym kinie?

- Było dokładnie odwrotnie. To francuska reżyserka Catherine Breillat zadzwoniła do mnie, że chciałaby, bym wystąpił w jej filmie. To było moje pierwsze doświadczenie tego typu. Miałem pewne wątpliwości, czy podołam, bo do tej pory byłem tylko panem od seksu. Catherine powiedziała wtedy coś bardzo ważnego, że kiedy patrzy na mnie przed kamerą, to widzi, że oddaję swoją duszę, a to dla niej definicja aktorstwa.

A co na to reszta ekipy?

- Musiała do tego bardzo mocno przekonywać innych. Moja ekranowa partnerka AmiraCasar była zdania, że scena seksu ze mną nawet w normalnym filmie postrzegana będzie jako porno. Ale gdyby ta scena, nawet brutalna, była z Vincentem Casselem, to wszyscy będą mówili o sztuce (śmiech). Catherine postawiła sprawę jasno, powiedziała, że chodzi jej o mnie, i dała Amirze wybór, czy chce to zrobić, czy nie. Odeszły trzy osoby z ekipy, zmienił się operator. Tylko ze względu na moją obecność. Widzisz zatem, jak duży jest problem z akceptacją kogoś takiego jak ja.

Od jakiegoś czasu nie występujesz już w filmach dla dorosłych, przeszedłeś na zawodową emeryturę. Jak wygląda świat z tej perspektywy?

- Na pewno mam się dużo lepiej (śmiech). Minął rok, od kiedy zdecydowałem się odejść, choć z tym zamiarem nosiłem się już wcześniej. Moim zadaniem teraz jest się zastanowić, jak skierować energię na inne tory. Nie jest tak, że nagle wszystkie problemy znikają. Zawsze patrzyłem na siebie przez pryzmat innych mężczyzn z branży. Moja żona wielokrotnie powtarzała mi, żebym tego nie robił, bo nie będę mógł odnaleźć siebie. Kiedy widzę nową generację aktorów porno, to mam świadomość, że są kompletnie inni. Nie mają tyle pasji, nie potrafią z siebie tyle dać przed kamerą, skupiają się raczej na innych rzeczach. Gdy pracowałem, nigdy nie patrzyłem na zegarek, nie mówiłem reżyserowi, że jestem zmęczony, nie narzekałem na moje partnerki. Innymi słowy, nie szukałem żadnych wymówek. Po prostu zajmowałem się tym, co do mnie należało.

Siffredi występował razem z największymi kobiecymi gwiazdami filmów XXX, takimi jak Jenna Jameson, Kelly Stafford, Sasha Grey czy Jenna Haze. W branży znany był z dwóch rzeczy: ogromnego zaangażowania i pokaźnych rozmiarów penisa (ok. 24 cm we wzwodzie).

Autor: 
(Fot. Getty Images)
Źródło: 

logo24

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz: