Nieme fragmenty filmów wojennych

Reklama

pt., 08/05/2016 - 21:42 -- koscielniakk

Praca nad filmem zaprowadziła młodego mężczyznę do „dodatkowego obozu dla rekrutów”: spotkanie w tym symulowanym świecie zmieniło jego życie.

 

Atmosfera na tyle ciężarówki była jednym z tych niecierpliwych wyczekiwań pośród dudnienia na chropowatej, zakoleinowanej drodze; zawieszenie skrzypiało z każdym wybojem, a stary silnik ryczał zawzięcie. Dookoła mnie w napiętej ciszy siedzieli mężczyźni w mundurach, ściskający broń w spoconych dłoniach. Do tego byliśmy wyszkoleni.

Z piskiem hamulców i chrzęstem żwiru, ciężarówka wpadła w poślizg zatrzymując się na postój. Kosz od koszykówki przewalił się z hukiem.

  • Wysiadka!

Mężczyźni unieśli broń, zerwali się na równe nogi i ruszyli w kierunku wyjścia. Widziałem wysiadającego mężczyznę, zbierał się, by wyskoczyć - nagle potknął się o kosz i upadł twarzą na żwir. Zorganizowane działania gwałtownie przekształciły się w niebezpieczny chaos, mężczyźni próbowali omijać się nawzajem oraz skakać, jednak wielu z nich straciło równowagę przez ciężką broń i sprzęt.

Szczerze, byliśmy najbardziej żałosną grupą żołnierzy, jaką kiedykolwiek widziałem.

  • Cięcie! - zawołał reżyser, zdając sobie sprawę, że ujęcie było naprawdę dobre i wiarygodne.

Spojrzał na zegarek i powiedział, już ciszej.

  • Pół godziny przerwy.

Jęk przebiegł przez szeregi, kiedy żołnierze podnieśli się z ziemi poprawiając hełmy oraz poluzowując kołnierze oraz paski.

 

Dookoła nas tam i z powrotem w szkockich górach przechadzała się ubrana w koszulki oraz krótkie spodenki ekipa filmowa oraz oświetleniowcy, wyglądając absurdalnie niedorzecznie obok nas, żołnierzy II Wojny Światowej.

To była moja pierwsza przygoda z filmem wysokobudżetowym. W norweskim filmie długometrażowym Max Manus graliśmy ni mniej, ni więcej komandosów i było to równie frustrujące oraz fascynujące.

 

Zostaliśmy przydzieleni na kilka dni do skróconego obozu wojskowego dla rekrutów, by przygotować się do naszych ról. Żołnierki uczył nas australijski oficer, który był znacznie bardziej cierpliwy, niż zasłużyliśmy. W bardzo krótkim czasie nauczyliśmy się marszu, odpowiednio trzymać broń, stawiać czoła przeciwnikom, zakładać mundury, a nawet salutować. Przekonaliśmy się, że wszystko co wyglądało na łatwe na ekranie, wcale takie nie było. Większość z nas szybko podłapała nowe umiejętności: tych, którym się nie udało bądź przysparzali sporo kłopotów grzecznie poinformowano, żeby nie wracali.

My, którzy zostaliśmy (na pewno nie elita), zżyliśmy się jako grupa. Kształtowały się nowe osobowości, wymieniano się żartami, ustalono tak zwaną hierarchię ważności. Trochę jak w szkole średniej, tyle że z bronią.

 

Dla mnie wszystko zaczęło się kilka lat wcześniej. Potrzebowałem pieniędzy na studia, zaryzykowałem więc i wziąłem udział w castingu na statystę. Wkręciłem się w to, właściwie nawet nie wiem dlaczego. Z pewnością nie spełniałem marzeń o hollywoodzkiej sławie, brakowało mi pewności siebie, by wyróżnić się z tłumu. Ale mimo tego wziąłem w tym udział - młody, wysoki, w dość dobrej kondycji, zostałem przyjęty.

Wkrótce znajdowałem się w centrum produkcji, spocony i zmęczony, zafascynowany tym zorganizowanym chaosem jakim jest plan filmowy. Z początku film był niczym. Najmniejszą drobnostką: zaledwie pomysłem w czyjejś głowie. Ale od wtedy do teraz, przez te wszystkie miesiące czy nawet lata trudnej pracy, film wreszcie stał się czymś. Czymś wystarczająco silnym, by prowadzić przez to zastępy ludzi - dosłownie i w przenośni. Stałem się więźniem tego dziwacznego, frustrującego oraz osobliwie czarującego symulowanego świata.

 

Jednym z ciekawych aspektów filmu jest to, że aktorzy mają tendencję do trwania w swoich rolach nawet, gdy kamera przestaje nagrywać. Podczas przerw „oficerowie” pozostają wyniośli oraz zdystansowani, zbyt poprawni by przyłączyć się do komandosów, podczas gdy „żołnierze” jak ja szybko porzucają swój sprzęt i rozsiadają się w cieniu, by uciec przed upałem.

Żarty były ożywione, jak to zazwyczaj jest między młodymi ludźmi, jechaliśmy w końcu na tym samym wózku; ostatecznie rozmowy zbiegały na inny tor: co robilibyśmy, gdybyśmy nie wałęsali się na planie filmowym. Szczerze, nie przepadałem za tym. Co miałem im powiedzieć? Że mam roczną przerwę przed pójściem na studia? Zgłębiam swoje możliwości? Czy była jakakolwiek inna wymijająca odpowiedź, która nie zrobiłaby ze mnie próżniaka czy lenia?

Na szczęście uniknąłem tej męki, ponieważ odezwał się inny mężczyzna. Opalony, po dwudziestce, z krótko przyciętymi włosami i szczupłą sylwetką, powiedział, że nie musiał przechodzić przez obóz dla rekrutów. Od razu zrozumieliśmy dlaczego. Był prawdziwym żołnierzem. Żołnierzem, który całkiem niedawno wrócił ze swojej drugiej misji w Iraku.

Zaczęto bombardować go pytaniami, najpierw niepewnie. Co tam robiłeś? Żołnierz piechoty, wyszkolony na snajpera. Jak jest w Iraku? Gorąco i pełno kurzu, i śmierdzi. Jacy są tamtejsi ludzie? Niezwykle uprzejmi, ale nieostrożnym jest odwracać się do nich plecami.

Jego sposób zachowania był prosty, otwarty oraz prawdziwy, bez krztyny brawury i splendoru. Wtedy ktoś - na szczęście nie ja - zadał mu najbardziej niestosowne pytanie.

- Zabiłeś kogoś?

- Tak. Trzech.

Wyraz jego twarzy zmienił się. Mógłbym żyć z zabiciem ostatnich dwóch, powiedział, byli dorosłymi mężczyznami, którzy wiedzieli co robią. Ale pierwsza ofiara była inna. Dziecko, zaledwie nastoletni chłopiec. Dostatecznie duży, by używać broń, ale nie dość duży, by zrozumieć za co walczy.

Była to długa wymiana ognia w samym centrum strzelaniny. Decyzja podjęta w ułamku sekundy. Nie było szans, aby rozróżniać cały czas. Dopiero potem, kiedy kurz opadł, dowiedział się, że zabił człowieka młodszego od jego małego braciszka. Nie mógł się po tym pozbierać. Patrzyłem w jego oczy i wiedziałem, że mówi prawdę.

 

Siedząc tam i słuchając go, kurczowo trzymałem się każdego słowa, wiedziałem coś jeszcze - odnalazłem swoją drogę. Postanowiłem pisać. Chciałem pisać o ludziach takich jak on, o sytuacjach takich jak ta. Jak wiele razy w ciągu dnia dookoła nas rozgrywały się tragedie? Jak wielu młodych mężczyzn staje się mordercami w gorącym, odległym miejscu takim jak Irak? Jak wiele dzieci chwyta za broń walcząc w czyjejś wojnie?

 

Jak tylko skończyliśmy filmować i wróciłem do rzeczywistości zacząłem pracę: pisałem, czytałem, prowadziłem badania oraz rozmawiałem z ludźmi, którzy mają doświadczenie wojenne. Na szczęście kilkoro moich przyjaciół brało udział w wyprawach Królewskich Sił Powietrznych w Afganistanie, dostarczając informacje dla kopalni złota o trwających tam działaniach wojennych, nie wspominając o kontaktach nawiązanych przy powojennych rekonstrukcjach, a nawet w fabrykach broni. Spragniony autentyczności w opisach broni i sprzętu, odszukiwałem materiały oraz podróżowałem od Ameryki po Czechy, gdzie pozwalano mi trzymać i strzelać z opisywanej przeze mnie broni. Nic nie jest w stanie przygotować cię na kopnięcie AK-47 strzelającym na pełnym automacie.

 

Obecnie, 10 lat później, jestem posiadaczem sześciu serii, które wyszły spod mojego pióra. Ta podróż nie była wcale łatwa czy szybka. Czasem było to wyczerpujące, czasem czułem się zawiedziony i sfrustrowany, ale nie zamieniłbym tego na nic innego na świecie. Odkryłem coś, co kocham i zamierzam robić to tak długo, jak będę mógł.

Jak na ironię, sprzedałem prawa do filmu. Kto wie? Może pewnego dnia jakiś młody statysta znajdzie się na planie mojego filmu i zda sobie sprawę, że też chciałby opowiadać takie historie.

Autor: Will Jordan

Źródło: http://www.independent.co.uk/arts-entertainment/books/features/my-non-speaking-part-in-the-wars-7150671.html

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz:

Reklama