Wybrani by zginąć

Drodzy Czytelnicy, kolejny literacki talent pojawił się na e-magnesie.
Jest nim pani Krystyna Chorążkiewicz - debiutująca wrocławianka. Właśnie pracuje nad powieścią Wybrani by zginąć. Miałam okazję przeczytać kilka rozdziałów i jestem pod wrażeniem. Dlatego postanowiłam opublikować fragmenty tej powieści na naszym portalu. Zapraszam do lektury.

Marianna Ruks

***

Krystyna Chorążkiewicz

Wybrani by zginąć

Zastanawiało Was kiedyś, co by było, gdyby wszystkie czarne scenariusze krążące od wieków z pokolenia na pokolenie o końcu świata się ziściły? Gdyby stworzenia rodem wyjęte z horrorów stanęły z Wami twarzą w twarz? Wszyscy, których kochacie i na których Wam zależy zniknęli bądź umarli? Jak myślicie, jak zachowalibyście się w takiej sytuacjii? Emily Evans to skryta w sobie nastolatka, mieszkająca w Anglii w hrabstwie Lancashire. Nielubiana w szkole i żyjąca we własnym świecie, do którego dopuszcza tylko swych najbliższych, i grupkę znajomych. Przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy nie spodziewa się, jakie figle potrafi płatać przewrotny los, i jak wiele czeka ją dylematów i niebezpieczeństw czyhających na powierzchni ukochanego przez nią Blackpool. Czy sobie poradzi z ogromnym ciężarem odpowiedzialności nałożonym z dnia na dzień na jej barki?

PROLOG

Rok 2030. Blackpool hrabstwo Lancashire, Anglia. Godzina ósma rano.

Chłód bijący z otwartej lodówki daje chwilowe ukojenie mojemu rozgrzanemu ciału. Zalewam mlekiem muesli nasypane chwilę wcześniej do miski i ocieram ręką zroszone kropelkami potu czoło. Upały, które nawiedzają Wielką Brytanię od prawie trzech tygodni są nie do zniesienia. Temperatura osiąga swe apogeum w południe, kiedy dochodzi nawet do czterdziestu stopni w cieniu. Nie mogę powiedzieć, że jestem fanką deszczowej aury, ale to, co się teraz dzieje to gruba przesada.
– Cześć kochanie – mama wchodzi do kuchni i uśmiecha się do mnie ciepło, a ja siadam przy stole mieszając chaotycznie łyżką w misce.
– Cześć – odpowiadam zrezygnowanym głosem.
– Te upały mnie wykończą. Kristen nie spała pół nocy – Kristen to moja najmłodsza siostra. Ma dopiero trzy miesiące i w przeciwieństwie do moich dwóch czteroletnich braci bliźniaków, Bruna i Grega, którzy właśnie wbiegają do kuchni, to aniołek.
– Tort! Tort! – przekrzykują siebie nawzajem, okupując lodówkę. Mama staje opierając rękę na marmurowym blacie, marszcząc brwi.
– Tu go nie ma, a teraz szorować do łazienki.
– Mamo.
– Natychmiast.
– Hej urwisy! Co tu się dzieje? – bliźniaki zaczynają piszczeć, kiedy tata chwyta ich pod pachy i gilgocze.
– Tatusiu, przestań!
–Będziecie się słuchać mamusi? – stara się wyglądać groźnie, ale nijak mu to wychodzi. Chłopcy kiwają głowami i biegną do łazienki.
– Łap, to do ciebie – rzuca mi białą kopertę i podchodzi do mamy, która właśnie nalewa pomarańczowy sok do szklanek.
– Co ty wyprawiasz? – mówi i zaczyna się śmiać, gdy tata potrzepuje włosami, z których wystrzeliwują w powietrze krople wody, pozostałe po porannym prysznicu.
Często słyszałam, że swoje gęste i kasztanowe włosy odziedziczyłam właśnie po nim. Potrafiliśmy także, jak nikt inny, orientować się w terenie. Mamie zawdzięczam drobną budowę ciała i chabrowy kolor oczu. Miło się na nich patrzy. Spoglądam na kopertę, którą cały czas trzymam w dłoni. Obracam ją aby sprawdzić nadawcę.

„THE CHOSEN” Sektor 1
Talbot Road 12

Rozrywam pospiesznie papier.

„Do wyłącznej wiadomości adresata. Dzisiaj o godzinie dziewiętnastej czasu miejscowego proszona jest Pani o osobiste stawiennictwo pod wyżej wymienionym adresem. Obecność obowiązkowa. Sprawa dotyczy najwyższej wagi i troski o Pani życie, gdyż jest ono niezmiernie dla nas cenne. Dalsze instrukcje otrzyma Pani po przybyciu na wyznaczone miejsce.”

– Co to do cholery ma znaczyć? – burczę pod nosem do siebie.
Ostatnio w ogóle dzieją się dziwne i przerażające rzeczy. Anglię i Europę nawiedzają nieziemskie upały. Stany Zjednoczone borykają się z trzęsieniami ziemi i powodziami, a w Afryce spadło trzydzieści centymetrów śniegu. Paranoja.
– Kto do ciebie napisał? – pyta mama stawiając przede mną szklankę z sokiem.
– Pojęcia nie mam.
– Pokaż – podaję ojcu kartkę. Po dokładnych oględzinach listu, spogląda na mnie badawczo.
– No co? Nie patrz tak na mnie.
– Ciekaw jestem, który szaleńczo zakochany w mojej córce młodzieniec wymyślił coś takiego?
– Zwariowałeś?! – Tata i te jego domysły.
– Chodź do mnie – wstaję i od razu znajduję się w niedźwiedzim uścisku mojego staruszka.
– Pamiętam, kiedy trzymałem cię na rękach zaraz po porodzie. Byłaś taka krucha i maleńka, a teraz? – przewracam oczami, doskonale zdając sobie sprawę, że on tego nie widzi. Zawszę się rozkleja na wspomnienie tamtej chwili. Bardzo go kocham, ich wszystkich.
– Bruno, Greg! Chodźcie tu – woła mama.
Kiedy dołączają do nas moi bracia wraz z malutką Kristen, która właśnie się obudziła i siedzi teraz u mamy na rękach, dostrzegłam czekoladowy tort stojący na kuchennej wyspie. Tata odsuwa się i staje obok chłopców. Wszyscy zaczynają zgodnie śpiewać sto lat. Spoglądam raz jeszcze na całą moją rodzinę, która jest najlepszym co do tej pory spotkało mnie w życiu.

Nazywam się Emilii Evans i dokładnie dzisiaj obchodzę swoje osiemnaste urodziny. Nieświadoma, że za kilkanaście godzin moje dotychczasowe życie ma stać się tylko przeszłością, do której już nigdy nie powrócę.

Rozdział I

Nie mam ochoty ruszać się z domu. Najchętniej wzięłabym trzeci dzisiejszego dnia prysznic, wsadziła w uszy słuchawki i odpłynęła w niebyt, wsłuchując się w basowe dźwięki gitary elektrycznej. To jest to, co lubię najbardziej. Spokój, odosobnienie i pełen relaks. Uwielbiam własne towarzystwo. Posiadam niewielką grupę znajomych, z którymi trzymam się od początku szkoły i jedyną przyjaciółkę, Megan. Właśnie szykuję się do wyjścia na pierwsze, legalnie wypite piwo, na które mnie namówiła.
– Emily, nie daj się prosić – słyszę jej dźwięczny głos w słuchawce telefonu, gdy kończę swój kawałek tortu.
Megan jest wspaniała. Tylko ona potrafi zaakceptować mnie taką, jaka jestem. Nie uważa za odludka i dziwadło w przeciwieństwie do większości uczniów z mojej szkoły.
Usłyszałam dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek, który na czerwono wyświetlał osiemnastą pięćdziesiąt. To na pewno ona. Punktualna, jak zawsze – myślę.
Ostatni rzut oka na swoje odbicie w lustrze. W białym topie i czarnych, krótkich spodenkach prezentuję się nie najgorzej.
Żar lejący się z nieba sprawia, że czuję się jak dobrze wysmażony stek. Naszym celem jest „The Flagship Bar” na Coral Island.
– Uśmiechnij się, dziewczyno – zagaduje Megan, widząc moje mało entuzjastyczne podejście, gdy idziemy przez Hill Road.
– Przepraszam, ale wiesz, że nie należę do imprezowiczów.
– Nie sposób się z tym nie zgodzić – uśmiecha się. – Mam coś dla ciebie.
– Dla mnie? – nawet nie próbuję ukryć zdziwienia.
Stajemy na chodniku. Moja przyjaciółka wyciąga z torebki małe, czarne pudełeczko.
– Proszę – wręcza mi je z szerokim uśmiechem.
Biorę w dłonie pakunek, kręcąc z niedowierzaniem głową. W środku znajduje się srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie serca.
– Dziękuję – podchodzę do niej bliżej i ściskam, całując w policzek.
Nagle coś zwraca moją uwagę. W ułamku sekundy niebo spowijają ciemne, deszczowe chmury odcinające drogę promieniom słońca. Pomimo jego braku temperatura, zdawać by się mogło, drastycznie rośnie w górę. Czuję, że robi mi się słabo. Rozglądam się dookoła. To jest niesamowite, nawet samochody, które zazwyczaj o tej porze dnia przemierzają ulicę, jeden za drugim przecinając powietrze swym pędem, zniknęły. Ptaki zamilkły, a gwar dochodzący z promenady ucichł. Mam wrażenie, jak gdyby ktoś włączył przycisk "stop" na autopilocie. W tej jednej chwili świat staje w miejscu. Patrzyłyśmy się z Megan przerażone na siebie. Widok jej spanikowanego spojrzenia jest ostatnim, co zapamiętuje przed potwornym hukiem rozdzierającym moje uszy. Potem nastaje już tylko ciemność.

Świst spadającej, płonącej belki, która z impetem uderzyła o betonową płytę sprowadza mnie na powrót do rzeczywistości. Leżę na ziemi, a wokół otaczała mnie sterta kamieni. Rozglądam się dookoła. Widok jest przerażający, porównywalny do wojennego pogorzeliska. Nie ma już domów, ulic, drzew, niczego, a w powietrzu unoszą się kłęby duszącego pyłu.
– Boże, co tu się stało? – mówię do siebie. Co z moją rodziną, Kristen, braćmi, rodzicami?! Na myśl o tym, że mogło coś im się stać, żółć podchodzi mi do gardła.
– Muszę się podnieść i ich odszukać.
Chcę wstać, ale uniemożliwia mi to tępy ból z tyłu głowy. Drżącą ręką dotykam tego miejsca, krwawię. W lewej dłoni nadal trzymam zaciśnięty prezent od Megan.
– Cholera! Megan! Słyszysz mnie? – podciągam się na rekach do przodu, raniąc nogi o pokruszone odłamki szkła. Wciągam raptownie powietrze. W tym momencie kolejna belka spada, tym razem zaledwie dwa metry ode mnie. Krzyczę przerażona.
– Megan! – wołałam tak głośno, na ile pozwalało mi wyschnięte gardło, dopóki nie dostrzegłam kosmyka jej długich blond włosów wystających spod cegły.
– Chryste, Megan!
Zaczynam desperacko odsuwać na boki kamienie dopóki moim oczom nie ukazuje się jej poraniona, blada twarz.
– Znalazłam cię. Słyszysz? Obudź się! Mówię do ciebie! – podświadomie wiem, że moja przyjaciółka już do mnie nie wróci, ale najdłużej jak to możliwe, odpycham od siebie tą myśl.
Ból rozrywa mnie od środka, rozpacz dławi pozbawiając tchu. Poddaję się. To koniec. Kładę głowę na jej piersi i znów nastaje ciemność.

– Jest tutaj, kapitanie. Znalazłem ją. – słyszę głos mężczyzny, który dociera do mnie wygłuszony.
– Idź po nią. Ja poinformuję pozostałych, że się odnalazła.
Kroki zbliżają się do mnie, ale jestem za słaba, żeby otworzyć oczy. Wyczuwam czyjąś obecność, ktoś stoi nade mną.
– Emily Evans? – kiwam twierdząco głową. Spod przymrożonych powiek widzę ciemnoskórego mężczyznę, z ogoloną na łyso głową, w dziwnym uniformie przypominającym kostium płetwonurka albo serfera. Moją uwagę przykuwa jednak emblemat w kształcie trójkąta z napisem „The Chosen”.
– Hej dziewczyno, zostań ze mną – klepie mnie w policzek. – Spójrz na mnie.
– Wood! Zabierz ją stąd natychmiast!– z oddali odbija się następny, męski głos.
– Kapitanie jest tu jeszcze jedna dziewczyna.
– Żyje? – słysząc to pytanie przeszywa mnie rozpaczliwy ból.
– Nie.
– To zabieraj dziewczynę i biegnij jak najszybciej do sektora pierwszego, potem trzecim korytarzem dojdziecie do skrzydła szpitalnego, tam zajmie się nią Holms. Ruszaj się Wood. Nie mogą się dowiedzieć, że ktokolwiek przeżył. Inaczej będziemy zgubieni.
– Tak jest! – odpowiada mężczyzna.
Czuję lekkie szarpniecie, a potem kołysanie. Musi nieść mnie na rękach. Zbieram wszystkie siły, by choć na moment otworzyć oczy. Z oddali widzę martwe ciało Megan. Niezdarnie wyciągam rękę w jej kierunku, z której zwisa srebrny łańcuszek z bezwiednie kołyszącym się sercem.

Rozdział II

Przepełnia mnie czarna otchłań, otępienie i brak reakcji na bodźce dochodzące z otoczenia. Jedynym, co udaje mi się wychwycić, to niezrozumiałe dla mnie szepty, z których staram się rozpoznać pojedyncze sylaby, a potem złożyć je w słowa. Na darmo. Im bardziej się staram, tym większa jest bariera oddzielająca mnie od rzeczywistości. Czuję pieczenie w prawej ręce rozchodzące się po krwiobiegu. I znów niczego nie słyszę. Nie ma już nic. Nastaje cisza, której tak bardzo się teraz boję.

Słyszę śmiech mamy. Widzę, jak tata gilgocze moich braci. Maleńką Kristen, tort. Wszyscy śpiewają dla mnie. Po chwili obraz w mojej głowie się zmienia. Swędzi mnie skóra od palącego słońca. Idę z Megan chodnikiem, rozmawiamy. Dzierżę w dłoniach czarne pudełko, gdy je otwieram otacza mnie wyłącznie sterta kamieni, i wykrzywiona w grymasie bólu i strachu, twarz mojej martwej przyjaciółki.

– Aaa! – krzyczę tak głośno, że drgania moich strun głosowych sprawiają mi ból, ale to właśnie ten ból sprowadza mnie do teraźniejszości.

Powoli i delikatnie otwieram oczy. Przez moment muszę walczyć z moimi powiekami, zmuszając je do wykonania ruchu. Łapczywie chwytane powietrze wypełnia mi płuca. Mam wrażenie, że wszystko wokoło mnie wiruje. Podłużna lampa przymocowana do półokrągłego sufitu spowija wnętrze przytłumionym światłem. Rozglądam się po owalnym pomieszczeniu wyłożonym jasnymi kaflami. Znajduję następną, mniejszą lampkę, przytwierdzoną do ściany nad białą szafką, zapełnioną najróżniejszymi fiolkami, strzykawkami i bandażami. Obracam głowę w prawo i widzę ślady po ukuciu igłą. Czyli pieczenie, które czułam nie było kolejnym urojeniem. Próbuję się przebić przez zamazane wspomnienia. Wydobyć z pamięci te najbardziej istotne. Siadam na łóżku i chowam głowę między podkulone nogi. Mimowolnie zaczynam się kołysać w oczekiwaniu na nadchodzący atak paniki. Coś jednak zwraca moją uwagę. Ciężkie, metalowe drzwi rozsuwają się, a do środka wchodzi na czarno ubrany mężczyzna. Jak przez mgłę przypominam sobie jego twarz. Ale dopiero kiedy słyszę jego głos, utwierdzam się w przekonaniu, że to ten sam człowiek, który zabrał mnie z pogorzeliska.

– Witaj, Emily. Nazywam się Steven Wood – Podchodzi do mnie wolnym, ale pewnym krokiem. W jego twarzy jest coś, co mnie uspokaja. A może to tylko efekt tonu, jakim się do mnie zwraca. Przemawia tak, jak gdyby rozmawiał z wystraszonym, małym dzieckiem. Poniekąd tak się teraz czuję.

– Pamiętam pana – odpowiadam.

– To dobrze – mężczyzna uśmiecha się delikatnie. – Widzę, że czujesz się już lepiej.

Czyli można czuć się gorzej niż teraz? Co działo się przez czas kiedy byłam nieprzytomna? Nie czekam długo na odpowiedź. Wood udziela mi jej zanim zdołałam wypowiedzieć pytanie na głos.

– Znajdujemy się w skrzydle szpitalnym w sektorze pierwszym. Straciłaś przytomność chwilę po tym, jak wziąłem cię na ręce. Doktor Holms zajęła się tobą. Opatrzyła i podała szybko działające środki uśmierzające ból i wzmacniające.

– Długo spałam?

– Nie. Zaledwie dobę.

– Co to za miejsce?

– Pomału. Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Dostałem rozkaz doprowadzenia cię do pułkownika Mansona. – Teraz zupełnie niczego nie rozumiem. Jeżeli choć przez chwilę mam nadzieję, że odzyskuję częściową równowagę, to właśnie pękła jak bańka mydlana.

– Czy jestem więźniem? – To pytanie wyrywa się z moich ust spontanicznie.
Wood spogląda na mnie rozbawiony, co dodatkowo mnie irytuje. Bo ja nie dostrzegam w tej sytuacji niczego zabawnego.

– Panno Evans – zwraca się do mnie służbowym tonem. – Wprost przeciwnie. Proszę abyś się ubrała.

Wskazuje skinieniem głowy złożony w kostkę na krześle kombinezon podobny do tego, który sam nosi. Ten przeznaczony dla mnie jest tylko odrobinę jaśniejszy.

– Kiedy będziesz gotowa, wciśnij zielony przycisk przy drzwiach, ja będę czekał na zewnątrz.

Niepewnie przekraczam próg, nie wiedząc czego się spodziewać po otaczającej mnie metalowej konstrukcji. Cieszę się tylko z tego, że buty, które kazano mi założyć są wystarczająco ciężkie by stabilnie utrzymać mnie na nogach. Rozpościerający się przede mną widok sprawia, że stoję, jak zahipnotyzowana, wbijając wzrok w krajobraz morskiej toni. Podchodzę bliżej, by do tchnąć szklanej tafli, i przeciągam palcem po jej zimnej konstrukcji.

– Czy my...

– Tak – odpowiada Wood, zgadując moje niewypowiedziane do końca pytanie. – Znajdujemy się sto dwadzieścia metrów pod poziomej morza Irlandzkiego.

Oplatam spojrzeniem resztę. Korytarz ciągnie się w obie strony od skrzydła szpitalnego. Co dwa metry szklane ściany łączą potężne, naszpikowane śrutami metalowe podpory. Czuję się jak bohaterka książki o kapitanie Nemo. Tata zawsze mi ją czytał. Na to wspomnienie opuszczam głowę w poczuci bezradności i smutku. Czy kiedykolwiek będzie mi dane jeszcze ich zobaczyć? Nie potrafię zapanować nad wzbierającymi w oczach łzami, które są teraz moim niemym krzykiem rozpaczy.

– Idziemy – oświadcza mój przewodnik i rusza pewnym krokiem przed siebie, albo nie widząc spływającej po mojej twarzy wilgoci, albo ją ignorując. Zresztą może i lepiej.

Mijamy korytarz za korytarzem, stąpając po metalowych kratach pod naszymi stopami. To miejsce wydaję się nierzeczywiste i odosobnione. Swoją drogą musi znajdować się pod wodą dość długo. Dziwne, że nikt do tej pory tego nie zauważył. Z drugiej strony od dna dzieli je tylko pięćdziesiąt metrów. Dotrzeć tu mogą jedynie ławice małych ryb, które są wystarczająco odporne na napierające ciśnienie wody. Zastanawiam się w jakim celu powstało to surrealistyczne coś? Może zostałam uratowana tylko po to, żeby mogli bezkarnie przeprowadzać na mnie eksperymenty, które gdzie indziej nie byłyby możliwe? Rozgryzanie tej zagadki tak mnie pochłania, że nie zauważam jak Wood staje na rozwidleniu w kształcie litery v, i ląduję niezdarnie na jego plecach.

– Przepraszam – szepcze w nadziei, że moje niechciane rumieńce pozostaną nie zauważone.

– Radziłbym większą ostrożność, panno Evans – odpowiada sztywno, ale ja mogłabym się założyć, że przez jego twarz przetacza się cień uśmiechu.

Korytarz jeden i dwa nie posiadają widoku na morze. Srebrna stal otacza wszystko od sufitu po podłogę, sprawiając, że czuję się, jak sardynka zapakowana do ciasnej puszki.

– Tędy – wydaje kolejne polecenie i wskazuje korytarz z numerem jeden.

Wędrując z miejsca na miejsce, mijając kolejne metalowe drzwi nie widzę żywej duszy. Odnoszę wrażenie jak gdyby na czas mojego pobytu tutaj wszystko inne musiało zaszyć się w najciemniejszych kątach. Już zaczynam w głowie układać pytanie, gdy następne, tym razem większe, metalowe wrota otwierają się przede mną ukazując ogrom przestrzennego pomieszczenia. Co za ulga widzieć ponownie dwie imponujących wielkości szyby wpuszczające do środka migoczące odcienie błękitu. Owalne pomieszczenie wypełnia najróżniejszy sprzęt do ćwiczeń, który można spotkać w każdej szanującej się siłowni. Dwa podłużne stoły ustawione jeden przy drugim pod ścianą obwieszoną linami, kuszami i Bóg jeden wie czym jeszcze. Moją uwagę przykuwa maleńki przedmiot wielkości naparstka, leżący na stole pomiędzy innymi gadżetami.

– Nie ruszaj tego! – krzyczy Wood w chwili, gdy biorę w dłonie przedmiot. Podskakuję i o mały włos nie wypada mi on z ręki.

– To mikroskopijny procesor o sile rażenia dwukrotnie większej od miny przeciwpiechotnej – dodaje tytułem wyjaśnienia równie zdenerwowany, jak ja.

– Zamknij się Johnson! – pospiesznie odwracam głowę w stronę znajomego głosu.

Do środka wchodzą pochłonięci żywym dialogiem i ubrani identycznie jak ja Cassie Roberts i Mark Anderson. Jedyni ludzie z mojej szkoły, zaraz po Megi, z którymi utrzymuje przyjacielskie stosunki. Właśnie kłócą się z Ianem Johnsonem. No właśnie, Ian, chłopak, który od zawsze uprzykrza mi życie. Typowy okaz zadufanego i zapatrzonego w siebie sportowca i szkolnego kochasia. Powiedzieć, że go nie lubi, to duże niedopowiedzenie. Nawet Megan kilkakrotnie napomknęła, że się jej podoba. No cóż, urody nie można mu odmówić. Kiedyś złapałam się na obserwowaniu go w trakcie zajęć gimnastycznych. Modnie ostrzyżone, ciemne włosy spadały mu delikatnie na twarz przysłaniając szarość oczu. Wzrostem także górował nad wieloma rówieśnikami. Ale szybko minęła mi chęć cichego podglądactwa, kiedy dostałam od niego piłką w twarz.

– Orient Evans – Potem był już tylko jego pełen sarkazmu śmiech.

Rozdział III

Biegiem rzuciłam się w objęcia Cassie.

– Wy także tu jesteście? – spytałam siorbiąc nosem i patrząc na znajome twarze. Rude włosy mojej koleżanki podkreślały jeszcze bledszy niż zazwyczaj odcień skóry. Mark natomiast widocznie czuł się nieswojo w obcisłym kombinezonie, który podkreślał jego obfitsze kształty.

– Wczoraj dostaliśmy listy i pomyślałam, że to Megi organizuje dla ciebie przyjęcie niespodziankę, więc zadzwoniłam do Marka i resztę już znasz – opuściła zawstydzona głowę. – A tak w ogóle to gdzie ona jest?

Popatrzyłam im w oczy i to wystarczyło za jakąkolwiek odpowiedź. Widziałam, że pod ich powiekami wzbierają się łzy. Nie miałam siły aby im teraz wszystko tłumaczyć, nie chciałam. Może kiedy minie jakiś czas to wtedy na razie wspomnienie jej bladej, nieruchomej twarzy wywiercało ogromną dziurę w moim sercu, dławiąc mnie od środka.

– No proszę. Panna niedojda tutaj – Johns, dumny jak zawsze, stał na środku sali z założonymi rękami na piersi i skwaszonym wyrazem twarzy.

– Daj jej spokój, głąbie – powiedział Mark, zdmuchując z twarzy jasny kosmyk włosów.

– Kogo nazywasz głąbem, ty imitacjo faceta trzymająca z sierotami?!

Atmosfera robiła się napięta. Mark i Ian odkąd pamiętam darli ze sobą koty. Podobno kiedyś byli dobrymi przyjaciółmi, ale wszystko popsuło się po tym jak rodzice Iana zdobili fortunę na giełdzie. Odwrócił się od każdego, kogo uważał za klasę średnią. Kiedy miało już dojść do bójki mężczyzna, z którym tu przyszłam, krzyknął, a do środka wszedł kolejny, dobrze zbudowany, siwiejący i z zaciętym wyrazem twarzy, omiatając nas pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Stanął naprzeciw nas zakładając obie ręce za plecy i zabierając głos.

– Witam w sektorze pierwszym. Nazywam się Mannson. Jak zdążyliście na pewno zauważyć znajdujemy pod powierzchnią morza Irlandzkiego. Dokładniej sto dwadzieścia metrów pod jego poziomem. Znaleźliście się tutaj nie bez powodu. Jaśniej mówiąc jesteście wybrańcami – spojrzeliśmy po sobie wszyscy. Nawet Johnson zdawał się strącony z pantałyku.

– To nie czas na docinki i szczeniackie zachowania. To czas na walkę Brutalną i okrutną! – kontynuował, akcentując głośno ostatnie słowa. – Przez ostatni rok byliście przez nas bacznie obserwowani. Wiemy, o której godzinie wstajecie i kładziecie się spać, wiemy co jadacie na śniadanie, i jaki jest wasz ulubiony kolor, z kim się przyjaźnicie – skierował spojrzenie w moją stronę. – Panno Evans, bardzo mi przykro z powodu tragicznej śmierci panny West.

Skinął głową i wrócił do przemówienia, a we mnie narastała złość. Tylko tyle jest mi w stanie powiedzieć?! Czy tak niewiele znaczy dla niego ludzkie życie? Zacisnęłam dłonie w pięści, żeby stłumić wściekłość.
– Od dziś dołączycie do naszej grupy, której opiekunem będzie major Wood. Przez najbliższy tydzień przejdziecie serię ćwiczeń wysiłkowych sprawdzających wasza kondycje i zręcznościowych dopracowujących wasze talenty – on sobie robi jakieś jaja. Że niby ja i talent do czegokolwiek, dobre sobie. Mam ochotę uciekać i krzyczeć jednocześnie.

– To zdrowo popieprzone! – wyrwał się z szeregu pan "jestem kimś".

– Czyżby? – pułkownik Mannson wydał się zniesmaczony.

– Albo powiecie mi, co tu robię w towarzystwie tych... – zacisnął zęby patrząc na naszą trójkę, z trudem powstrzymując się od kolejnego niestosownego epitetu. – Albo wracam do domu.

– Chłopcze, czy ty nadal uważasz, że masz jeszcze dom? – podszedł do Iana bliżej tak, że teraz mieli siebie na wyciągniecie ręki. – Wszystko na powierzchni ziemi już nie istnieje. A tysiące krwiożerczych i zmutowanych bestii tylko czeka by rozerwać cię na kawałki. Nasycić się twoim strachem. Wybrańcy nastała apokalipsa, a tylko wy możecie ocalić ten świat!

Biegnę przez gęsty las, co chwilę potykając się o wystające korzenie drzew. Brudna i zakrwawiona przeszukuje desperacko zarośla w poszukiwaniu mojej rodziny. Podłużne macki gęstej mgły obejmują mnie z każdej strony, tworząc puchowy i unoszący się w powietrzu chmurny dywan. Ciężko dyszę, a każdy wdech sprawia mi ból wywołany przez połamana żebra. Nie rozumiem dlaczego znajduję się w lesie. Nigdy przedtem nie byłam w tym miejscu. Nie znam go, ale moje przeczucie instynktownie ciągnie mnie tutaj. Szum drzew woła mnie głosami moich najbliższych, błagających o pomoc.

– Mamo! Tato! Gdzie jesteście?! – wołam najgłośniej, jak potrafię, dławiąc się ociekająca z mojej twarzy posoką.

– Emily, ratuj nas! – rozpaczliwy krzyk Bruna i Grega odbijał się echem, atakując mnie ze wszystkich stron.

Nasłuchuję jeszcze przez chwilę, ale nic tylko ta straszna cisza szumiąca mi w uszach. Obieram kierunek na wprost siebie, modląc się, abym miała racje. Odczuwam coraz większy dyskomfort. Zawodzi mnie wzrok, a nogi z każdym krokiem odmawiają mi posłuszeństwa. Upadam tracąc nadzieję. Chłodny mech daje ukojenie poranionej twarzy. Spod przymrużonych powiek dostrzegam nienaturalną łunę światła podającą na wolną od gęstwiny leśnej polanę. Unoszę w górę swój tułów i, podpierając się łokciami, raz za razem doczołguję się na miejsce, pozostając ukryta w wysokiej trawie. Zasłaniam dłońmi usta i zaczynam spazmatycznie oddychać wydając z siebie ochrypły pisk. Moja matka i rodzeństwo leżą martwi otoczeni spływającymi strumieniami czerwonej jak rubin krwi. Tata klęczy na wpół przytomny przy ich zwłokach. Walczę z moim ciałem, które z sekundy na sekundę robi się coraz cięższe, przygwożdżając mnie do ziemi i uniemożliwiając wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Pragnę go przytulić, wołam go, ale mój głos jest cichszy od szeptu. Spojrzał na mnie, jednak mnie widzi, ale w jego wzroku było coś obcego. Wstręt i nienawiść mówiące – zawiodłaś nas.

Budzę się z krzykiem rzucając na łóżku, jak schwytane w sieci zwierzę.

Leżę na łóżku wyrównując oddech i uspokajając bijące w szalonym rytmie serce. Musi minąć dobre kilkanaście sekund, aby moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Kiedy nareszcie zaczynam panować nad swoim rozdygotanym ciałem, rozglądam się po pokoju, który dzielę z Cess. Nasze jednoosobowe łóżka stoją na przeciwległych końcach, niedużego pomieszczenia z przynależną do niego małą łazienką. Obok nich dostawiono małe szafki nocne, z których wystawały półokrągłe, zresztą jak wszystko w tym miejscu – lampki. Uruchamiane poprzez przeciągniecie nad nimi dłoni. Nie dawały dużo światła, jedynie bladą poświatę pozwalająca na rozeznanie w otoczeniu. Może powodem tego jest oszczędność albo nasze bezpieczeństwo.

Wstałam po cichu i podeszłam do szklanej tafli. Morze wydaje się tak bardzo spokojne, jak gdyby nieświadome piekła rozgrywającego się na lądzie. Beztrosko falując. Przypominam sobie moją ostatnią wyprawę nad jego brzeg. Ja, tata i bliźniaki. Mama została wtedy w domu z Kristen ze względu na panujący ukrop. Postawiłam sobie za cel wybudowanie zamku z piasku, ale nie byle jakiego. To miała być prawdziwa forteca i byłaby, gdyby nie moi rozbrykani bracia wbiegający w nią z impetem. Ależ ja byłam wtedy na nich wściekła. Miałam ochotę sprać im tyłki. Uśmiecham się pod nosem na to wspomnienie, ale mój wyraz twarzy natychmiast ulega zmianie. Oddałabym wszystko by móc ich przytulić. Czym sobie zasłużyli na tak okrutny los? Opieram głowę o zimną szybę i zaczynam płakać.

– Emily, co się dzieje? – dobiega mnie zaspany głos współlokatorki, którą zapewne obudziłam.

– Nic, śpij dalej. Przepraszam.

– Wiesz, jakoś nie mogę usnąć. Przekręcam się tylko z boku na bok. To jak, powiesz mi?

Usiadam na łóżku zastanawiając się, jak ubrać w słowa mój koszmar.

– Miałam sen, w którym biegnę przez las – nabieram powietrza w płuca czując narastającą panikę w głosie. – Szukam mojej rodziny i znajduję ich... – kontynuuję, ale tama w końcu pęka i zanoszę się płaczem, wydobywając z siebie już tylko mało zrozumiałe monosylaby w przerwie na wdech.

– Cii – Cassie podbiega do mnie i bierze mnie w obcięcia, delikatnie kołysząc.

– Ja ich zaw... io... dłam.

– Nic nie mogłaś zrobić, nikt z nas nie mógł. To nie twoja wina – nagle czuję wilgoć na ramieniu. Podnoszę głowę i widzę mokrą od łez twarz Cess. Nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałam o niej. Co ona i inni teraz czują? Przecież także stracili wszystkich, których kochają. Wstyd mi. Zachowuję się, jak skończona egoistka.
Nie wiem, co mam jej powiedzieć. Czy jakiekolwiek słowa sprawią, że poczujemy się lepiej? Przez dłuższą chwilę obie milczymy ze spuszczonymi głowami w dół, wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt.

– Wiesz, co zawsze mówi mój tata? – zabieram głos. – Że brak wiadomości to najlepsza wiadomość.

Dostrzegam cień uśmiechu miotający się dyskretnie na twarzy Cassie.

– Twój ojciec to bardzo mądry człowiek – teraz i ja się uśmiecham. – Nie możemy tracić nadziei, bo tylko ona nam pozostaje.

Ma rację. Od tej pory będę żyć tylko nadzieją. Inaczej zwariuję, postradam zmysły i popadnę w otępienie, a przecież nie wolno mi do tego dopuścić. Muszę być silna dla nich. Chwytam się kurczowo jasnego punktu w mojej głowie i przywieram do niego.

Rozdział IV

Punktualnie o piątej trzydzieści rano wchodzimy do stołówki, którą znajdujemy bez większych problemów. Od przebudzenia, po moim koszmarnym śnie, do śniadania miałyśmy ponad godzinę na przestudiowanie i zapoznanie się z mapką i regulaminem sektora pierwszego, który dostaliśmy wczoraj. Mark i Ian siedzą przy podłużnym stole okupując oba jego końce.

– Hej, dziewczyny! Chodźcie tutaj, to nasz stolik – woła Mark, wskazując miejsca obok siebie.

Siadam po jego lewej stronie, a Ian w tym samym momencie odsuwa swoje krzesło o kilka centymetrów dalej zwiększając najbardziej, jak to możliwe dzielący nas dystans. Zastanawiam się, gdzie jest kuchnia, podczas gdy moi znajomi rozmawiają o trudach dzielenia kwatery z Ianem przez Marka. On nie wydaje się zadowolony z tego faktu, ale też jakoś bardzo nad nim nie ubolewa. Obserwuję coraz to nowe osoby wchodzące do jadalni. Pułkownik, major i atrakcyjna blondynka zajmują miejsca przy niedużym stole w rogu pomieszczenia. Pojawiają się następni. Niewysoki brunet z kręconymi włosami i okularami spuszczonymi na czubek nosa. Zaraz po nim jeszcze jeden łudząco podobny do swojego poprzednika. Na końcu miejsca zajmuję około pięćdziesięcioro barczystych mężczyzn.

– Wiecie, kim oni są? – zadaje pytanie moim towarzyszom.

– Cii – Mark wskazuje głową w stronę najdłuższego stołu. – To żołnierze. Blondyna siedząca z Woodsem to dr Holms, a tych dwóch – pokazuje na bliźniaków. – Nie mam pojęcia.

– Pewnie wkrótce się dowiemy – dodaje Cassie.

Wracam spojrzeniem do stolika dowodzących. Czyli to ta kobieta opiekowała się mną po tragedii. Ma łagodne rysy twarzy wzbudzające sympatie. Johnson wciąż siedzi, zacięcie coś analizując. Przynajmniej nic nie gada – myślę. Nagle spod naszego stołu wysuwają się białe tace z jedzeniem. Zapach parującej jeszcze jajecznicy, świeżych bułek i soku pomarańczowego pobudza mój żołądek, który głośno zaczyna domagać się posiłku. Odgłosy rozmów milkną i wszyscy zaczynają jeść.

Po skończonym posiłku naczynia znikają w ten sam zdumiewający sposób w jaki się pojawiły. W sali treningowej panuje napięta atmosfera. Żadne z nas nie wie, czego się spodziewać, tylko Ian czuje się wyluzowany testując kolejno przyrządy do ćwiczeń.

– Witam was na pierwszych zajęciach mających na celu podniesienie waszych umiejętności – głos zabiera pułkownik, wchodząc do środka w towarzystwie naszego opiekuna i lekarki. – Przedstawiam wam dr Holms, która przez cały czas trwania szkolenia będzie monitorować wasze postępy. Jednak zanim zaczniemy, zostaniecie połączeni w pary. Wasz partner będzie waszą osłoną na polu walki. Musicie nauczyć się współpracować i bezwarunkowo sobie ufać, to podstawa bez której zginiecie – czuję, jak wali mi serce. Jest nas czworo, co oznacza, że jedno z nas stworzy parę z Johnsonem. Obym to nie była ja.

Jestem zdenerwowana. Powtarzam w myśli, że na pewno wiedzą jakie stosunki łączą nas wszystkich. Przecież byłoby skrajną głupotą...

– Evans i Johnson – nie kończę przemyśleń, kiedy padają nasze nazwiska.

– Nie zgadzam się – mówi Ian wychodząc przed szereg.

– Rekrucie. Ja nie pytam cię o pozwolenie, ja wydaje rozkaz i oczekuje od ciebie pełnego zaangażowania. Jasne? – Ian nadal niewzruszony słowami Mansona patrzy mu prosto w oczy. Nie wiem, w jaki sposób on wytrzymuje piorunujące spojrzenie pułkownika, ale ja już dawno bym opuściła głowę.

– Ściągnęliście mnie tutaj i chcecie zrobić ze mnie kogoś, kim nie jestem, zamykając w jakiejś pieprzonej matni! – odpyskowuję zdenerwowany i gotowy kontynuować z góry przegraną walkę. A może tylko on ma na tyle odwagi, aby wypowiedzieć na głos to, o czym wszyscy myślimy. Wszystko jedno, zabrną o krok za daleko.

Nastaje chwilowa cisza. Po czym Ian ponownie zabiera głos.

– Jeżeli to wszystko, co pan ma mi do powiedzenia to spadam stąd – odwraca się do mężczyzny plecami i rusza w kierunku wyjścia. – Na razie, niedojdy – posyła nam sarkastyczny uśmiech i jak gdyby nigdy nic wychodzi, wprawiając wszystkich w osłupienie.

– Stój, Johnson – krzyczy Wood, ale ten już jest daleko w korytarzu.
Pułkownik wciska jakiś guzik na urządzeniu, które nosi na swojej prawej ręce. Włącza się piskliwy alarm. Do pomieszczenia wbiega jeden z żołnierzy, łapiąc oddech.

– Wyszedł na powierzchnię. Złapaliśmy go w ostatniej chwili pułkowniku.

– Jak do tego doszło?! To niemożliwe, musiałby przedostać się skrótem dla ekip natychmiastowego działania! – mówi wzburzony, a mężczyzna tylko potwierdza jego przypuszczenia skinieniem głowy. – Gdzie teraz jest? – pyta spokojniejszym tonem.

– Niosą go do skrzydła szpitalnego – dr. Holms natychmiast zrywa się z miejsca i wybiega z sali ćwiczeń.

– Na dzisiaj już koniec. Proszę się rozejść – oznajmia nam Wood i także wychodzi pozostawiając nas zdumionych i z tysiącem znaków zapytania w głowach.

Całe popołudnie spędzam na włóczeniu się korytarzami tej metalowe puszki, która chwilowo zastępuje mi dom, choć to za dużo powiedziane. Stwierdzenie, że utrzymuje mnie przy życiu jest bardziej trafne. Wszystko tutaj jest do siebie podobne więc przed wejściem do kolejnego tunelu, szukam najpierw tabliczki z jego numerem, a następnie odnajduje go na mapce i obieram nowy kierunek.

Oznaczenie z numerem dziesięć trochę mnie dziwi, ponieważ nie mogę go odszukać. Wygląda na to, że nie zostało umieszczone w przewodniku. Stoję chwilę, analizując za i przeciw podążenia w jego kierunku. W końcu ciekawość bierze nade mną górę i najciszej, jak potrafię stawiam kroki na metalowej kracie. Rozglądam się dookoła, żadnych szyb przepuszczających błękit morza. Idę dalej, mijając kolejne drzwi kiedy dostrzegam szyld z napisem głoszącym „STREFA DOWODZENIA. NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY”

Przełykam głośno ślinę. Nie powinno mnie tu być – myślę. Dlaczego zawsze pakuję się w tarapaty. Chcę zawrócić, ale staję przy ścianie, ściśle do niej przywierając i wytężam słuch.

– Pułkowniku, nadal ani śladu ekipy jeden i dwa. Wszystkie inne bezpiecznie dotarły z ewakuowanymi do bunkru. Przeszukaliśmy już każdy centymetr Blackpool. Nie wiem, co dalej robić, moi ludzie czekają na dalsze rozkazy.

Przysłuchuję się uważnie każdemu wypowiadanemu słowu. Próbuję wyciągnąć wnioski z tego, co przed chwilą usłyszałam. Czy mogłoby to oznaczać, że moja rodzina jednak żyje? Czy ma to jakikolwiek sens? A może jednak? Tylko dlaczego nam tego nie powiedziano? Przerywam swoje rozmyślenia.

– Odpocznijcie żołnierzu. Wznowimy poszukiwania o świcie.

– Tak jest – odpowiada mężczyzna.

Podniecenie narasta we mnie z prędkością światła. Zakrywam dłonią usta by nie eksplodować jak wulkan, demonstrując moją euforię. Wolno zaczynam się cofać, wciąż obrócona przodem do pomieszczenia, z którego dochodziły głosy. O ile dobrze pamiętam od wejścia do dziesiątki dzieli mnie około piętnastu metrów. Jestem już blisko kiedy uderzam plecami o coś twardego. Przez chwilę stoję w napięciu, że coś spadnie zdradzając moją obecność. Ale niczego nie słyszę. Obracam się i z moich ust wydobywam głośny wrzask.

– Cicho – mówi jeden z barczystych facetów, których spotykam w stołówce. Ubrany w czarny mundur przypominający swoją konstrukcją pancerz. – Za późno.

Na korytarz wbiegają Manson i jego towarzysz.

– Co tu się dzieje?! Rekrucie Evans, czego tutaj szukasz?

– Ja...– wysilam umysł aby wydukać cokolwiek sensownego.

– Pułkowniku dziewczyna się zgubiła – mówi mężczyzna stojący obok mnie, ratując mi tyłek. Przypominam sobie, że nadal trzymam w dłoni mapkę i szybko chowam ją za plecami, modląc się w duchu, żeby nikt tego nie zobaczył. – Źle się poczuła i szukała skrzydła szpitalnego. Właśnie miałem ją tam oddelegować.

– W porządku, idź.

– Dziękuję – odpowiadam i wypuszczam nabrane wcześniej powietrze z płuc.

Przez większą część drogi nie mam śmiałości się odezwać, a w głowie roi mi się tysiące pytań oczekujących odpowiedzi. Może to właśnie jest moja jedyna szansa, aby je uzyskać. Postanawiam zaryzykować.

– Mogę pana o coś zapytać? – dobra powiedziałam to, natomiast on unosi zdziwiony jedną brew.

– Słucham.

– Gdzie zostali ukryci inni mieszkańcy Blackpool?

– To poufna informacja, moja panno – odpowiada, utwierdzając mnie w przekonaniu, że mam rację.

– A czy udało ewakuować się wszystkich? – nie zniechęcam się i brnę w zaparte.

– Uparta jesteś – żołnierz uśmiecha się półgębkiem, czyli jest dobrze. – Chodź.

Wprowadza mnie do małego pomieszczenia ukrytego w załamaniu korytarza.

– Posłuchaj, uparta dziewczyno. Jeżeli ktokolwiek dowie się o naszej rozmowie będę miał poważne kłopoty, rozumiesz?

– Nikomu nic nie powiem, obiecuję.

– Wierzę ci – jestem w stanie nawet przysiąc na wszystko, co kocham, ale jeżeli za chwilę nie zaczniesz mówić, to dostanę przewlekłego zawału z emocji – myślę, prowadząc wewnętrzny monolog.

– Prawie wszystkich mieszkańców udało się nam doprowadzić w bezpieczne miejsce.

– Co ma pan na myśli, mówiąc "prawie wszystkich"? – czekam na odpowiedź i zastanawiam się, czy moi rodzice nie stawiali oporu, a jeżeli tak, staram się wyrzucić z głowy te niedorzeczne pomysły.

– Dwie z piętnastu ekip nie dotarły – spoglądam w niebieskie oczy swojego towarzysza, doszukując się niemego potwierdzenia, że moja rodzina jest bezpieczna, ale nie otrzymuję go.

– Emily, nie wiem, czy ci na, których ci zależy znajdują się wśród zaginionych – zrozumiał mnie. Jestem mu wdzięczna, że nie musiałam zadawać tego pytania na głos. – Musisz być dobrej myśli, ok?

– Tak – odpowiadam jak automat.

Rozdział V

Wchodzę do swojej kwatery i aż mnie skręca, żeby powiedzieć o wszystkim Cass, która uparcie walczy przed lustrem w łazience z niesfornym kosmykiem włosów, starając się go wcisnąć za ucho. Ale nie mogę tego zrobić. Dałam słowo, łamiąc je zatrzasnęłabym sobie drzwi przed nosem i odebrała bezpowrotnie możliwość dowiedzenia się jeszcze czegokolwiek. W moim położeniu to tak, jak gdybym wyparła się swojej rodziny. Siadam na łóżku i staram się stłamsić w zarodku narastającą ochotę zwierzenia. Po raz pierwszy odkąd tu jestem czuję się naprawdę szczęśliwa. Fakt nie mam do końca pewności czy są bezpieczni, ale przynajmniej nie żyję w poczuciu ich bezpowrotnej straty.

Przy kolacji panuje napięta atmosfera. Mark jako jedyny zajada się bez opamiętania, nie zwracając na nic uwagi. Ian siedzi nienaturalnie blisko mnie. Blady i pogrążony w innej rzeczywistości. Zastanawiam się, co takiego zobaczył, zanim go złapali. Patrzę na jego pełny talerz. Jest mi go żal, ale tylko przez chwilę, bo zaraz przypominam sobie te wszystkie lata, kiedy mnie gnębił – zasłużył sobie na to. Przechodzi mi przez myśl, ale wyrzucam ją szybko z głowy i staram się zachować obojętność.

Stoimy w szeregu na środku sali ćwiczeń. Dr. Holms objaśnia nam zasady bezpiecznego wysiłku. Swoją drogą brzmi to śmiesznie, ale słucham i próbuję przyswoić te informacje. Następnie major Wood każe nam usiąść i wciska guzik na małym urządzeniu, trzymanym w dłoni. Przed nami pojawia się coś w rodzaju projektora.

– Zanim zaczniemy trening chcę, abyście poznali i zobaczyli z czym będziecie mieć do czynienia – mówi.

Na ekranie pojawia się postać posturą przypominającą człowieka, ale jest zupełnie biała, pozbawiona oczu z nienaturalnie długimi i ostrymi jak brzytwa zębami. Uczucie obrzydzenia potęgują krwisto czerwone dziąsła. Przechodzi mnie zimny dreszcz. Wierzyć się nie chce, że takie coś w ogóle istnieje. Pomimo targających mną teraz odczuć i odruchu wymiotnego, staram się zachować spokój i skoncentrować na słowach majora.

– Albastor, śmiertelnie niebezpieczny. Szczególnie, iż posiada zdolność unoszenia się w powietrzu przez co jest o wiele trudniejszym celem. Jeszcze jedna i jednocześnie najważniejsza umiejętność. Potrafi manipulować ludzkimi uczuciami, a dokładniej popędem seksualnym – Mark zaczyna się głośno śmiać. Mnie, szczerze mówiąc, także to rozbawiło, ale staram się zachować powściągliwość.

– Rekrucie Anderson nie będzie ci do śmiechu tracąc kontrolę nad własnym ciałem. Zostaniesz pożarty żywcem! – kontynuuje podniesionym tonem Wood. – Na początku pozbawi cię wzroku, następnie języka, pozostawiając wyłącznie zmysł słuchu. Wbije się kłami w twoje wnętrzności, wolno odrywając kolejne części twojego ciała.

Mój kolega milknie, przybierając zielonkawy kolor twarzy.

– Kamy – nasz opiekun wskazuje na włochate zwierzę przypominające psa, ale o dziesięć razy większego od owczarka niemieckiego. – Jego cechą dominującą jest możliwość mnożenia się nawet w trakcie śmierci. Dlatego jedynym sposobem uśmiercenia go ostatecznie to strzał prosto w podbrzusze. Został nam jeszcze jeden.

Patrzę jak zahipnotyzowana na zwisające płótno. Czy jest jeszcze coś mogące mnie przerazić bardziej?

– Poroniec – moim oczom ukazuje się postać ślicznej, jasnowłosej dziewczynki.

– Słodkie dzieciątko, prawda? – pyta major omiatając nas oczekującym spojrzeniem. – Niech was nie zwiedzie ta niewinna buźka i drobne ciałko. To jeden z najokrutniejszych demonów, jakie możecie sobie wyobrazić. Żeruje na ludzkiej słabości. Potrafi przyjmować różne wcielenia. Zwizualizujcie w myślach sytuację, w której spotykacie to dziecko na waszej drodze. Zabilibyście je? Pozwólcie, że sam odpowiem na to pytanie. Oczywiście, że nie.

Ma rację i uświadomienie tego sobie przerasta mnie. A co, jeżeli się pomylę i zabiję niewinnego człowieka? Nie umiałabym żyć mając czyjąś krew na rękach, a zwłaszcza dziecka. Na pewno to miał na myśli mówiąc, że ten potwór żeruje na ludzkiej słabości. Zbieram wszystkie siły i odsuwam od siebie czarne myśli.
– Chwila waszego zachwiania będzie konsekwencją paraliżu nerwów, pozostawiając was w pełni świadomych tego, co się dzieje. Wtopi się w wasze ciało niczym zjawa, delektując cierpieniem i powolną śmiercią. Jeśli dopisze wam szczęście, w porę stracicie przytomność.

Gdy kończy, cała dygoczę. Jestem w kompletnej rozsypce. Jedyne, czego pragnę to obudzić się z tego koszmaru, ale to niemożliwe, skazali mnie na niego. Mam sześć dni na nauczenie się wszystkiego potrzebnego do pokonania tych bestii, ale to karkołomne i niewykonalne zadanie.

– Czy są jeszcze inne sektory niż ten? – niespodziewanie głos zabiera Ian. Jestem mu wdzięczna bo przynajmniej skutecznie odwraca moją uwagę od czarnych myśli.

– Oczywiście – słyszymy odpowiedź i wszyscy odwracamy głowy w stronę, z której padła.

Do środka wchodzi Manson w towarzystwie czterech żołnierzy.

– Czy je poznamy? – dopytuję się Johnson.

– Myślę, że nie będzie takiej potrzeby, aczkolwiek nie wykluczam takiej opcji

– stają naprzeciwko nas.

Nie wiem dlaczego, ale czuję do tego człowieka nienawiść. Może dlatego, że nie wyjawia nam całej prawdy. Czy poznanie jej nie byłoby najlepszym motywatorem do walki i działania? Nie pojmuję jego toku myślenia. A może to ja się mylę, robiąc z niego potwora, który nie różniłby się od reszty jakie niedawno poznałam.

– Straciliśmy za dużo czasu, aby wdawać się teraz w dyskusję. Skoro posiadacie już ogólny pogląd wroga, zaczynamy prawdziwy trening – wypowiadanie tych słów sprawiało mu dużą przyjemność. – Przedstawiam wam, starszy kapral Smith, Brown, Taylor i Davis. Będą pomagać w szkoleniu jak i ich zadaniem będzie asekurowanie was na polu walki.

– Tylko czterech? – dochodzi mnie rozhisteryzowany głos Cass.

– Dokładnie tak rekrucie Roberts. Po jednym na każdego. Nie możemy ryzykować utraty wielu ludzi. To świetnie wyszkoleni zwiadowcy. Ma pani z tym problem?

– Nie. Żadnego – odpowiada speszona Cassie.

Patrzę na stojących mężczyzn z kamiennymi wyrazami twarzy. Z ulgą dostrzegam człowieka, który wczorajszego popołudnia dał mi nową nadzieję.

Rozweselam się jeszcze bardziej kiedy to właśnie on zostaje mi przydzielony.

Na razie szczęście mi sprzyja, zobaczymy jak długo.

Po moim kręgosłupie rozchodzi się palący ból. Leżę na materacu, łapczywie chłonąc tlen. Silne uderzenie plecami o twarde podłoże nie działa na niego w relaksujący sposób. Ilekroć próbuję odeprzeć atak Smith powala mnie na ziemię jednym zwinnym podcięciem nóg. Mam dosyć, na samej bieżni pokonałam pięć kilometrów, a teraz jeszcze to. Dr. Holms co jakiś czas przerywa trening i sprawdza nam ciśnienie, abyśmy nie zeszli za prędko z tego świata po czym mówi – Proszę kontynuować i mordęga zaczyna się na nowo. Wszyscy jesteśmy wykończeni i zlani potem. Tylko Mark stawia jeszcze opór swojemu przeciwnikowi. Przypominam sobie, że w szkole należał do grupy zapaśniczej, ale mimo tego nie daje mu to żadnej przewagi. Może jedynie dłużej od nas utrzymuje się w pozycji pionowej.

– Wstawaj – mówi Smith i wyciąga dłoń w moją stronę. Chwytam ją i nie bez problemów podciągam się w górę.

– Po co mi pomagasz skoro za chwilę i tak mnie znokautujesz? – wlewam w te słowa tyle ironii, na ile mnie teraz stać.

– Ponieważ moim zadaniem rekrucie Evans jest wyszkolenie cię najlepiej, jak potrafię. Jeżeli będę się z tobą cackał nie przeżyjesz nawet godziny na powierzchni – odpowiada i uśmiecha się przez zaciśnięte usta.

– Ironia za ironię, co? Po takim treningu wątpię, że będę w stanie chodzić, a jeśli już to o kulach. Niezbyt optymistyczna wizja.

– Uparta i pyskata. Zaatakuj mnie – przewracam oczami. – No już!

Zamachuję się ręką celując w jego głowę. Jednym, szybkim ruchem zakleszcza moją szyję w uścisku, przyciskając mnie plecami do swojego torsu.

– Udawaj, że chcesz się uwolnić – konspiracyjnie szepcze mi do ucha. Zaciskam palce na jego przedramieniu. – Dzisiaj wieczorem wyruszamy na obchód w pobliżu molo. Mam się tam spotkać ze znajomym, który sprawdza dla mnie czy twoi bliscy dotarli do bunkru.

– Naprawdę?! – mówię o ton za wysoko. Na szczęście nikt nie zwraca na nas uwagi i oddycham z ulgą.

– Ciszej i nie stój tak sztywno, ruszaj się – upomina mnie. Zaczynam się szamotać koncentrując na jego słowach. – Nie mogę niczego obiecać, ale spróbuję.

– Dziękuję – odszeptuję mając nadzieję, że to usłyszy i zanim kończę myśl, ląduję z hukiem na materacu.

– Na dzisiaj wystarczy – oświadcza i wychodzi pozostawiając mnie z przyklejonym do ust głupkowatym, szerokim uśmiechem.
Biorę szybki prysznic i pędzę na obiad. Wcinam groszek z marchewką, nóżkę z kurczaka oraz porcję brązowego ryżu i bez wyjaśnień znikam, machając tylko towarzyszom na pożegnanie. Docieram do swojej kwatery. Wykorzystuję chwilę samotności by w spokoju zastanowić się nad zachowaniem Smitha. Bo niby dlaczego miałby mi pomagać? Czy to nie jest podejrzane? Jaki ma w tym interes? Równie dobrze mógłby oddać się w łapska tych paskudztw biegających po lądzie, bo gdyby pułkownik Manson dowiedział się o wszystkim, zapewne udusił by go gołymi rękami. Więc dlaczego? Może lubi mnie na tyle, by chcieć mi pomóc? Ale zaraz odrzucam tę irracjonalną myśl. Albo tak samo, jak ja nie dzierży swojego przełożonego? To już bardziej prawdopodobna hipoteza, tak czy owak nie dowiem się dopóki sama go oto nie zapytam. Powinnam to zrobić? I znów kolejny znak zapytania, to za dużo. Zmęczenie i pełen żołądek szybko dają o sobie znać. Czuję, jak moje powieki zaczynają mi ciążyć, by po kilku sekundach opadły całkiem i zabrały mnie daleko stąd.

Budzę się tuż przed kolacją. Obmywam twarz zimną wodą i związuję włosy w niedbały kucyk. To miejsce posiadało dwa plusy. Cudowny widok na morską toń i brak zmartwień związanych z garderobą. Do wyboru mam dwa przydzielone mi kombinezony, dwie pary butów, jedną piżamę i kilka kompletów bielizny.
Przy kolacji próbuję brać czynny udział w konwersacji, ale jedynie udaje mi się od czasu do czasu wtrącić, tak bądź nie. Nawet Ian lepiej sobie radzi.
Brak czterech żołnierzy na posiłku w tym Smitha oznacza, że już wyruszyli. Tylko parę godzin dzieli mnie od poznania upragnionej odpowiedzi. Sen także nie daje ukojenia. Niespokojnie wiercę się na łóżku. Po godzinie daję za wygraną i wlepiam spojrzenie w półokrągły sufit, wyobrażając sobie jak cudownie będzie znów być z rodziną, poczuć ich, usłyszeć. Usypiam dopiero nad ranem, ale zmęczenie przegrywa z ekscytacją. W moim brzuchu zalega się stado rozjuszonych motyli. Cass zauważa mój dobry nastrój i zadowolone idziemy do stołówki. Z niepokojem wyglądam tego jednego, konkretnego człowieka, ale kiedy tace z jedzeniem wysuwają się wciąż go nie ma.

Próbuję w jakiś sposób usprawiedliwić tę nieobecność. Może dostał rozkaz i zjadł wcześniej, albo zwyczajnie jeszcze śpi wykończony. Za chwilę zaczynają się zajęcia, na nich na pewno się pojawi.

Czekamy na naszych trenerów. Materace leżą rozłożone na podłodze, co oznacza, że nie zaczniemy niczego nowego, a będziemy kontynuować wczorajszy trening. To dobrze – myślę. Będę miała możliwość rozmowy, która niknie wśród dźwięków uderzeń i wydawanych, głośnych poleceń.

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz: